• facebook
  • rss
  • W sercu Azji

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 23/2012

    dodane 07.06.2012 00:00

    Ludzie. Anestezjolog Magda Szczepańska była tam, gdzie dzieci chorują inaczej.


    Niewielka informacja o lekarce z raciborskiego szpitala, która wyjeżdża do Kazachstanu, by przez miesiąc operować dzieci z wadami wrodzonymi serca obudziła moją ciekawość. Kazachstan i szerzej – Azja Centralna, olbrzymie terytoria republik poradzieckich, to w Polsce, mimo kilku znakomitych książek polskich reporterów, wciąż terra incognita. Znam ludzi, dla których ta część świata jest magnesem o nieustannej i nieporównywalnej z innymi miejscami globu sile przyciągania. Lecz nie z powodu turystycznych walorów, których – notabene – tam nie brakuje. Co przyciągnęło tam doktor Magdę Szczepańską? Zrobiłem internetowy research i… niczego nie znalazłem. Człowiek, który jeździ w bezkresne azjatyckie stepy leczyć ludzi i o którym internet nic nie wie! To brzmi niezwykle obiecująco. Pani doktor zgodziła się na spotkanie. W drzwiach Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii raciborskiego szpitala przywitał mnie piękny człowiek.


    Sto dwanaścioro dzieci

    
W Kazachstanie Magda Szczepańska spędziła ubiegłej jesieni dwa miesiące. Na przełomie września i października – w Szymkiencie, a w listopadzie i grudniu – w Karagandzie. Co ją tam pociągnęło w czasach, kiedy lekarze wybierają przeciwny kierunek wyjazdów zawodowych? – Byłam krótko po śmierci męża. Docent Marek Wites, kardiochirurg dziecięcy z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, który od prawie 10 lat jeździ do Kazachstanu operować dzieci i uczyć tamtejszych lekarzy, przekonał mnie argumentem, że wyjazd do takiego miejsca jak Kazachstan pozwoli mi nabrać dystansu do własnych cierpień poprzez uczestnictwo w tym, co tam się dzieje i przez pomoc innym. To był podstawowy motyw wyjazdu – tłumaczy pani doktor. – Nie pojechałam tam dla pieniędzy. Moim zarobkiem była możliwość pracy z niezwykłymi ludźmi, nauczenia się i zobaczenia czegoś nowego, nawiązania kontaktów, posmakowania zupełnie innej kultury – dodaje. Właściwie to uzupełnienie po wcześniejszym wyznaniu jest niepotrzebne. Ale sam wywołałem je niedyskretnym i niemądrym pytaniem o to, czy wyjazd, który był rodzajem wolontariatu lekarskiego. Dziennikarska dociekliwość: ile z tego masz… Wstydzę się. Oczy pani doktor nie czynią wyrzutu. 
Przez dwa miesiące zespół doc. Witesa zoperował 112 dzieci. Pracowali non stop, od poniedziałku do soboty, tylko niedziela była czasem odpoczynku. – W pamięci utkwiła mi szczególnie dwójka dzieci. Dziewczynka z tetralogią Fallota, ciężką wadą siniczą, u której zabieg operacyjny był bardzo powikłany. Ona była w bardzo ciężkim stanie, spędziliśmy całą noc w szpitalu, ratując ją. I udało się nam. Tej samej nocy mieliśmy duży problem z dwuletnim chłopczykiem. Też się udało – wspomina Magda Szczepańska. W Kazachstanie jest dużo dzieci kilku- i kilkunastoletnich z wadami serca, jakich w Polsce już się nie spotyka. – Widziałam dzieci z tak ciężkimi chorobami, jakie dotąd widywałam tylko na historycznych zdjęciach. Ale trzeba powiedzieć, że Kazachstan mocno obecnie inwestuje w kardiochirurgię dziecięcą. Tylko że to jest dziedzina, w której potrzeba wielu lat doświadczenia i pracy pod okiem specjalistów, żeby osiągać dobre efekty – mówi anestezjolog. Dlatego pomoc znakomitego specjalisty doc. Witesa i jego zespołu, od którego uczą się młodzi kazachscy lekarze, dla tamtejszej medycyny jest bezcenna.


    Inaczej

    
Sprawdziła się zachęta docenta: zobaczysz, tam jest zupełnie inaczej. – U nas wszystko się tak dziwnie potoczyło, że zawód lekarza traci na znaczeniu, prestiż i mam wrażenie, że z pacjentami jesteśmy czasem wręcz na wrogich pozycjach: czyhają na nasze pomyłki, mają ciągle do nas pretensje. Z kolei media wyłapują najdrobniejsze uchybienia i robią z tego nieprawdopodobne afery, w efekcie my się zniechęcamy do kontaktów z ludźmi. Stajemy się coraz wyższej klasy specjalistami, ale tracimy w tym wszystkim człowieka. Giną nam z oczu jego emocje, jego wnętrze, jego strach. Naprawdę coraz mniej mi się to podoba. Jest nas mało, lekarzy i pielęgniarek. Nie ma czasu na to, by usiąść i z pacjentem porozmawiać. Trzeba zrobić szybko wizytę, opisać pacjentów, poprzyjmować nowych, zrobić zabieg. To kiedy lekarz ma ze swoimi pacjentami porozmawiać? Kiedy ma im wytłumaczyć, na czym będzie polegał zabieg operacyjny, powiedzieć, żeby się nie bali, nie martwili, żeby nabrali jakiegoś dystansu do choroby, kiedy dać im nadzieję? Nie ma na to czasu! To jest straszne – mówi Magda Szczepańska. W Kazachstanie było inaczej. – Kontakt z dziećmi był niezwykle wzruszający. Ja w ogóle kocham dzieci, dzieci są szczere, nie udają. Kocham znieczulać dzieci. A w Kazachstanie są wyjątkowo cierpliwe, spokojne. Inne. Po prostu inne od naszych. Nasze są często takie... rozwydrzone. Przez cały pobyt doświadczaliśmy też niesamowitej, szczerej wdzięczności rodziców. Ludzie podchodzili na korytarzu, łapali nas za ręce, mówili: już wyjeżdżacie? Nie wyjeżdżajcie, przyjedźcie do nas – wspomina lekarka. W szpitalu matki albo babcie przebywały z dziećmi non stop. Mamy spały z dzieckiem w jednym łóżku. Podczas całej operacji kobiety stały przed drzwiami sali operacyjnej. – I tam nikomu to wszystko nie przeszkadzało – zauważa Magda Szczepańska. 


    I jest mi z tym dobrze

    
Czy ten wyjazd mi pomógł? Oczywiście, że tak. Pozwolił mi się wyciszyć, nabrać dystansu do pewnych wydarzeń z mojego życia. Zmieniłam moją optykę. Byłam zabiegana, mam wrażenie, że żyłam mało uważnie. I być może po to zdarzyła się taka rzecz w moim życiu, żebym otworzyła oczy i dostrzegła to, co naprawdę się liczy. Wszystko się zbiegło w czasie. Tak miało być, po prostu.
Mam nadzieję, że zmieniam się na lepsze. Nie mogę powiedzieć, że należę do osób, które lekceważąco traktują swoją pracę czy których nie porusza cierpienie innych czy śmierć. Ale teraz przeżywam to głębiej. Być może zaważyła ilość pracy, z którą tam się zetknęłam, ciężkość chorób i to u dzieci. To mi dało niesamowite spojrzenie na ludzkie cierpienie. Nie mówię, że teraz jestem idealna. Ale przedtem nie reagowałam tak jak trzeba. Przez to, czego doświadczyłam, i przez obserwację ludzi nauczyłam się tego, że potrafię podejść do matki dziecka i objąć ją. Tak samo z pacjentem. Nie stoję nad nim, zwłaszcza jeśli trawi go jakiś niepokój, jest ciężko chory, czegoś się obawia. Siadam obok i trzymam go za rękę. To uwalnia lęki, pacjenci mówią o rzeczach, o których nigdy by nie powiedzieli i nie okazaliby takich emocji, bo jestem zupełnie obcym człowiekiem. Jestem lekarzem nie tylko ciała, ale muszę być także lekarzem duszy. To jest moja rola. Tak powinien pracować lekarz, uświadamiam sobie to coraz częściej. Byłam ostatnio na zjeździe anestezjologów. Było super, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, było parę fantastycznych wykładów. I to jest ważne, to sprawia, że lepiej leczę. Ale to nie czyni mnie lepszym lekarzem. Czyni mnie lepszym fachowcem, ale nie lepszym lekarzem. Owszem, czytam chętnie, uczę się, muszę znać najnowsze metody leczenia. Ale nigdy nie brakuje mi teraz czasu na rozmowę, chociażbym miała spać krócej o trzy godziny – to zrezygnuję ze snu, a będę rozmawiać. I jest mi z tym dobrze – mówi na koniec Magda Szczepańska.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół