• facebook
  • rss
  • Widzę więcej piękna

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 40/2012

    dodane 04.10.2012 00:00

    Rozmowa z ks. prof. Markiem Lisem, filmoznawcą, kierownikiem Katedry Homiletyki, Mediów i Komunikacji Wydziału Teologicznego UO

    Andrzej Kerner: Czy oglądając film, można się nawrócić?

    Ks. prof. Marek Lis: – Można, podobnie jak czytając książkę. Spotkało to na przykład dwoje wielkich świętych: rycerza Ignacego z Loyoli, rannego w bitwie, który nieco z nudów zabrał się za lekturę żywotów świętych. Czytając, zapragnął być jak oni: i późniejsze życie założyciela jezuitów pokazało, że mu się to udało! Bliżej naszych czasów dzięki książce nawróciła się Edith Stein. Sięgnęła przypadkiem – jeśli coś takiego istnieje! – po autobiografię św. Teresy z Ávila. Zachwyt tym, co przeczytała sprawił, że ta niewierząca Żydówka przyjęła chrzest, została karmelitanką, w końcu poniosła śmierć męczeńską w Auschwitz. Podobnie filmów, które zachwycają, nie brakuje: pozostaje jednak pytanie, co to znaczy nawrócić się dzięki filmowi? Uwierzyć w Boga? Chcieć zmienić swoje życie? Inaczej spoglądać na drugiego człowieka? Myślę, że wiele osób pamięta takie filmy, które w jakiś sposób poruszyły w nich coś bardzo głębokiego, intymnego. Nie muszą to być w dodatku filmy wprost religijne: dla mnie ważnymi filmami, w jakiś sposób przypominającymi o nawróceniu, są na przykład „Edi” Piotra Trzaskalskiego, „Szukając Erica” Kena Loacha, „Dekalog” Krzysztofa Kieślowskiego, „Constans” Krzysztofa Zanussiego, „Ludzie Boga” Xaviera Beauvois, „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego, smutne komedie Chaplina, thrillery Hitchcocka, piękne filmy Japończyka Ozu i jeszcze wiele innych! 

    Zdarzają się źle zrobione filmy opowiadające historie biblijne, o świętych, i przecież nawet  o Jezusie. Czy Ksiądz poleca je mimo wszystko – ze względu na treść?

    – Będę nieco nieuprzejmy wobec reżyserów: chyba większość filmów o tematyce bezpośrednio religijnej to filmy realizowane na przeciętnym poziomie. Albo mają kiepski scenariusz i pomysł na film – i gwiazdorską obsadę, albo są fatalnie zagrane, lecz z interesującymi rozwiązaniami artystycznymi. Dzieł wybitnych pośród ekranizacji losów świętych czy Biblii jest niewiele – do nich na pewno należą „Stworzenie świata i potop” Ermanna Olmiego, „Ewangelia według świętego Mateusza” Piera Paola Pasoliniego – co nie znaczy, że filmy słabe zasługują na lekceważenie. Będę bronił wielu słabszych filmów: w całej produkcji filmowej świata, liczącej chyba już setki tysięcy tytułów, prawdziwych dzieł sztuki jest zaledwie kilkaset. Większość to produkcje przeciętne, poprawne: i nikomu to nie przeszkadza. W grę przecież wchodzi kwestia smaku widza: ludzie oglądają to, co im się podoba, co wzrusza lub bawi. Ekranowe biografie Jana Pawła II nie są arcydziełami, a zasłużenie dotarły do wielomilionowej publiczności, przywołując chociażby osobiste wzruszenia. Na szczęście naprawdę złych filmów religijnych jest niezbyt wiele.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół