• facebook
  • rss
  • Znają przepis na sukces

    Anna Kwaśnicka

    |

    Gość Opolski 44/2012

    dodane 31.10.2012 00:00

    Małżeństwo. Razem przeżyli już 50 lat. Mówią, że swojego współmałżonka nie zamieniliby na nikogo innego. Gdyby mieli wybierać drugi raz, wybraliby tak samo.

    Tak wiele książek czy filmów kończy się sceną ślubu. W malowniczej scenerii bohaterowie patrzą na siebie czule i przysięgają sobie, że będą razem, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Czasem pojawia się na ekranie napis: „i żyli długo, i szczęśliwie”, czasem ktoś krótko i dosadnie komentuje: „to bajka”. Aż chce się odpowiedzieć: „nie, to rzeczywistość”. Rozejrzyjmy się, ile wokół nas żyje szczęśliwych małżeństw. Są razem od kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Nie twierdzą, że zawsze było i jest łatwo, ale wiedzą, że zdecydowali się iść przez życie razem i tej decyzji są wierni. Jakie wskazówki mają dla tych, którzy dopiero stanęli na ślubnym kobiercu albo właśnie przygotowują się do małżeństwa?

    Mają o czym opowiadać

    W 2012 roku w diecezji opolskiej na pielgrzymkę złotych jubilatów małżeńskich rozesłano 568 zaproszeń, kolejne 638 powędrowało do skrzynek srebrnych jubilatów. – W dzisiejszych czasach, gdy rodzina przeżywa kryzys, gdy coraz więcej w mediach mówi się o rozwodach, te małżeństwa są wspaniałym wzorem wierności – mówi ks. Jerzy Dzierżanowski, diecezjalny duszpasterz rodzin, zachęcając mnie do napisania o doświadczeniach małżonków, którzy pół wieku przeżyli razem. Temat podejmuję. To ponad pół tysiąca par – żeby choć z kilkoma udało się spotkać. Trafiam m.in. do Chrząszczyc, do państwa Agnieszki i Franciszka Mrozów. – Co ja mogę powiedzieć – zastanawia się pani Agnieszka. – Nieraz od męża słyszę: „co ja bym bez ciebie zrobił” – opowiada, dodając, że to samo mówi mężowi. Poznali się na odpuście w Gosławicach, rodzinnej miejscowości pana Franciszka, gdzie pani Agnieszka odwiedzała krewnych. Cieszą się trzema synami i czwórką wnucząt. Mieszkają w domu, który sami wybudowali.

    Ich życie płynie w zgodzie

    – Już na samym początku postanowiliśmy sobie, by nigdy nie zachodziło słońce nad naszym zagniewaniem – mówi pani Agnieszka. – Każdy może mieć zły dzień, czasem trzeba pójść na kompromis, ale nigdy nie doprowadziliśmy do sytuacji, by jedno z nas powiedziało: „już nie chcę być z tobą” – podkreśla pan Franciszek. Gdy tak rozmawiamy przy herbacie, żartów nie brakuje, bo jak mówią, bez poczucia humoru byłoby smętnie. Słyszę o fikusie, który pan Franciszek przywiózł swojej żonie na traktorze, o radości z narodzin dzieci, o tym, że w trudnych chwilach uciekali się do Pana Boga. Szybko przekonuję się, że jednym z tematów, który ich łączył całe życie i nadal łączy, jest rolnictwo i hodowla. – Mąż często od świtu do zmierzchu pracował na gospodarstwie. Imponował mi tym, jaki jest zaradny, pracowity i przystojny. Jako pierwszy wprowadzał nowinki, był też radnym, i ławnikiem, był i kościelnym – opowiada złota jubilatka, a pan Franciszek, podpytywany, dlaczego to właśnie do pani Agnieszki przyjeżdżał w zaloty, odpowiada krótko: – Spodobała mi się. Innej żony bym nie chciał.

    Razem po górach i w dolinach

    W Winowie goszczę w domu państwa Irmgardy i Joachima Walecko. Złote gody świętowali w październiku, m.in. wraz z szóstką dzieci i czwórką wnucząt. – Mój mąż choruje, nawet nie pozwalał mi planować uroczystości, ale ja go nie słuchałam, a Pan Bóg podarował nam złoty jubileusz. W kościele, odnawiając przysięgę, czuliśmy się jak na ślubnym kobiercu – opowiada pani Irmgarda. Czasem zbiera im się na wspomnienia. – Zastanawiamy się wtedy, jak udało nam się wszystko pogodzić, praca w ogrodnictwie jest bardzo zajmująca, prowadzenie domu i wychowanie dzieci również, a myśmy w tym wszystkim mieli tyle siły i radości. Nasze życie było naprawdę bogate – mówią. – Były i góry, i doliny. Momentów trudnych nie brakowało, ale siłę odnajdywałam u Matki Bożej. Bez wiary i nadziei, bez coniedzielnej Mszy św., gdy przyszły choroby i inne trudne wydarzenia, nie dalibyśmy rady – podkreśla pani Irmgarda. Wraz z mężem nie kryją, że trzeba wkładać wiele wysiłku w zrozumienie współmałżonka. – Nie można myśleć tylko o sobie, na egoizm w małżeństwie miejsca nie ma – mówi pan Joachim. – Mam duszę romantyczki, ale wiem, że mój mąż kwiatów mi nie przyniesie, jednak prawie co niedzielę w kuchni ze mną tańczył – opowiada wzruszona pani Irmgarda, chwaląc męża za to, że i kuchnią się zajmie, i w przeszłości pieluszki dzieci prał. – Mówi się, że ciężki kamień młyński, ale jeszcze cięższy stan małżeński. To prawda, ale gdy braliśmy ślub, byliśmy przekonani, że cokolwiek by się działo, będziemy razem. Zawsze stajemy po swojej stronie – zgodnie podkreślają. A kłótnie? Były i są. Jakby inaczej, ale wiedzą, że zawsze ktoś musi odpuścić.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół