• facebook
  • rss
  • Dwa funty puchowej radości

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 07/2013

    dodane 14.02.2013 00:00

    Dziś „wyszkubki” lub „froncka”, czyli darcie pierza, to przede wszystkim okazja do wspólnych spotkań.

    W Większycach pierze szkubało się od zawsze. Gospodynie szykowały wyprawki dla córek, m.in. pierzyny, poduszki wraz z pościelą. Wtedy drób biegał po niemal każdym podwórku. Z czasem, w wyniku przemian ustrojowo-gospodarczych oraz dostępności towaru w sklepach, domowa hodowla gęsi i kaczek powoli zanikała. Dziś gęsi paradują już tylko w dwóch obejściach.

    Ile puchu na pierzynę?

    – Dawniej skubało się w domach. Zbierały się głównie kobiety – sąsiadki, koleżanki ze wsi. Szkubali wszyscy, starsi od rana, dzieci po szkole albo podczas ferii, a młodzi po pracy. Kiedy kończyło się u jednej gospodyni, szło się do kolejnego domu – opowiada Elżbieta Pogodzik. Pierze darło się zimą. Pióra pozyskiwało się z zabitych przed świętami gęsi i kaczek. Wcześniej się je podskubywało, czyli wyrywało delikatnie z żywej gęsi czy kaczki nieco puchu, który i tak by zgubiła podczas okresu pierzenia. Technika jest prosta. Łapie się dłonią piórko na końcu, drugą odrywa puch, czyli tzw. promienie, aż do nasady i powtarza to z drugiej strony. Na zwykłą pierzynę potrzeba ok. 4 kg pierza, uzyskiwanego z ok. dziesięciu gęsi. – Na dużą, zimową, szło i dwanaście funtów (ok. 5,5 kg). Starsi ludzie mawiali, że na reumatyzm było dobre szczególnie pierze z kaczek – mówi Renata Poguntke.

    Beczka śmiechu

    Od kilku lat w Większycach pierza nie drze się już po domach, ale przez tydzień wieczorami w świetlicy lub budynku straży. A skoro dzień w dzień kilkanaście znających się kobiet spędza razem wieczór, to musi być wesoło. Co chwilę więc gwar rozmów przerywają wybuchy śmiechu. – Od bajtla (od małego dziecka) siedziało się przy starszych i słuchało, jak opowiadali o utopcach, heksach (czarownicach), dawnych czasach. Przy okazji wymieniło się przepisy, rady albo klachało (plotkowało) nawet do północy – wspomina pochodząca z Biedrzychowic Sylwia Siwy. A jak czasem jakiś mężczyzna dla kawału wpuścił do pokoju gołębia, to w pierzu było dosłownie wszystko. Dziś darcie pierza jest świetną okazją do spotkań dla większyczanek. – Pierze mamy od sołtysa, który jeszcze ma gęsi. Z puchu zrobi się kołdrę albo sprzeda, ale cała frajda jest w tym wspólnym szkubaniu. Chodzi o to, żeby spędzić razem długie zimowe wieczory, dobrze się bawiąc – uśmiecha się Violetta Nabrdalik. A wszystko kończy tradycyjna zabawa dla tych, co szkubali, czyli tzw. Federbal (od niem. Feder – pióro).

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół