• facebook
  • rss
  • Parafia na wyspie cyklonów

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 08/2013

    dodane 21.02.2013 00:00

    Wspomnienia z misji. O swojej pracy na wyspie Sachalin opowiada ks. Dariusz Świerc.

    Opowiadamy tam ludziom o Bogu na nowo. Jednak nie wystarczy przyjechać do nich raz na tydzień czy miesiąc i odprawić Mszę św., trzeba pośród nich żyć. Dlatego dwóch kapłanów i kilka sióstr zakonnych to zdecydowanie za mało. Tam przydałby się jakiś zakon misyjny – mówi ks. Dariusz Świerc, kapłan pochodzący z Opola, który posługiwał na Sachalinie trzy lata. Parafia obejmuje zasięgiem całą wyspę. Jest ogromna, nawet jak na warunki największej na świecie diecezji irkuckiej, w której posługuje mniej niż czterdziestu kapłanów. Na Sachalinie do niedawna pracowało dwóch Polaków – ks. Tomasz Rafalak z diecezji gliwickiej i ks. Dariusz Świerc. Obok przedstawicieli Cerkwi prawosławnej i protestantów starają się wskazywać ludziom drogę do Boga.

    Katorga

    Sachalin to wyspa położona na Dalekim Wschodzie, na Oceanie Spokojnym, u wybrzeży Rosji. Jej obszar to jedna czwarta powierzchni Polski, a długość z północy na południe wynosi prawie 1000 km. Północna część jest zaludniona słabiej, ale bogata w złoża naftowe i gaz, wydobywa się tu też metodą odkrywkową węgiel. Przyroda jest surowa i wymagająca, niemal nieskażona ręką człowieka. – Klimat na wyspie jest bardzo ciężki, monsunowy. Wiatry od oceanu sprawiają, że oddycha się ciężko, powietrze jest rozrzedzone, słońca mało. Kogo stać, po przejściu na emeryturę stara się przenieść np. na kontynent. Ale to nieliczni, większość mieszkańców całe życie spędza w tym miejscu. Lato, dość chłodne zresztą, jest bardzo krótkie, trwa zaledwie 2–3 miesiące, za to zimę mamy przez ponad pół roku. Dlatego prawie tu nie ma rolnictwa, rozwija się jedynie rybołówstwo – opisuje misjonarz. Paradoksalnie zimą łatwiej się przemieszczać, bo śnieg niweluje nierówności dróg. Oczywiście pod warunkiem, że przechodzące średnio 30 razy w sezonie cyklony śnieżne nie sparaliżują komunikacji. W czasie takiej burzy nie można zobaczyć nawet swoich palców u rąk. W kilka godzin może przybyć ponad metr śniegu, a pada kilka dni. Wtedy życie na zewnątrz zamiera, a miasto jest zamknięte. – Po prostu w ogóle nie wychodzi się z domu. Niełatwo tu żyć. To była wyspa skazańców. Wśród zsyłanych tu dawniej osób nielicznym udawało się przeżyć dłużej niż rok – dodaje kapłan. To właśnie więźniowie carscy są tymi, którzy najczęściej trafiali na wyspę w drugiej połowie XIX wieku. Jednym z katorżników był m.in. brat Józefa, marszałka Polski Bronisław Piłsudski, który będąc na Sachalinie, prowadził badania nad autochtonicznymi plemionami. W tamtych latach na wyspę dotarli też pierwsi misjonarze.

    Opolski ślad

    Nieco później, gdy Sachalin przez jakiś czas był pod panowaniem Japonii, pojawił się tu pierwszy opolski ślad. Z niewielkich Chróstów (parafia Radoszowy) przybył głosić Ewangelię o. Agnellus Kowarz. Znał kilka języków i zaskarbił sobie szacunek ludzi, ale gdy wyspę zajęli białogwardziści, wyjechał do Sapporo. Jednak pamięci o nim próżno szukać, bo po II wojnie światowej przesiedlono także większość mieszkańców wyspy. Nie ma też prawie żadnych śladów po ówczesnych kościółkach – zamieniono je na muzea lub biblioteki, ani po miejscach kultu japońskich buddystów. Przez kolejne pół wieku na Sachalinie życie religijne zamarło, wyspę zasiedlali głównie Rosjanie i Ukraińcy, budowano społeczeństwo socjalistyczne. Misjonarze wrócili tu dopiero w latach 90. – Skutki tego ładu obserwujemy do dziś – rozbite rodziny, alkoholizm, zniszczony człowiek, obojętność i bierność społeczeństwa. Niełatwo w takich warunkach wyrywać ludzi z rozpaczy, angażować w coś, trudno budować Kościół, wspólnotę, religijność. To wymaga czasu, bo nie ma wzorca, do którego można by się odwołać – tłumaczy ks. Dariusz Świerc. – Najpierw pojawili się młodzi misjonarze z Korei, bo pozostałą z dawnych mieszkańców grupę stanowili głównie Koreańczycy. Zaczęły powstawać zbory protestanckie i kościoły prawosławne. Także katoliccy księża podejmowali starania o wybudowanie świątyni. Udało się to dzięki determinacji o. Benedykta Zwebera, przy wsparciu jego macierzystego zakonu i sponsorów z USA. Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Jużno-Sachalińsku, największej, blisko dwustutysięcznej metropolii, jest obecnie jednym z najpiękniejszych budynków na wyspie. – Ojciec Benedykt, projektując tę świątynię, nawiązał do istniejącego tu kiedyś kościoła. Świetnie dostosował go też do panujących na Sachalinie warunków klimatycznych. To dzieło kosztowało go wiele sił, mimo choroby nie oszczędzał się, poświęcił temu życie. Niestety, nie doczekał jego konsekracji – opowiada z szacunkiem ks. Dariusz. Od jesieni zeszłego roku w diecezjach opolskiej i gliwickiej odbywają się koncerty organowe, z których dochód przeznaczony jest na zakup organów do sachalińskiej świątyni. Jeśli się uda, instrument uświetni tegoroczny odpust. – Dusza rosyjska jest wrażliwa na muzykę, więc mam nadzieję, że koncerty i liturgia z muzyką przyciągną mieszkańców do kościoła. To może owocować przez dziesiątki lat. Wprawdzie już jestem w Polsce i raczej nie wrócę tam do pracy, ale z całego serca kibicuję temu dziełu – podkreśla misjonarz.

    Ciągle od nowa

    Polscy księża koncentrują się na posłudze w głównej metropolii. Prócz nowej świątyni na wyspie są jeszcze trzy punkty misyjne, w Korsakowie, Chołmsku, Anivie – jedna kaplica zrobiona ze sklepu oraz dwie przerobione z mieszkań w bloku. Tam, na prowincji, czas jakby się zatrzymał. W Jużno-Sachalińsku posługują też od niedawna Siostry Misjonarki Miłości od Matki Teresy z Kalkuty. Liczbę parafian trudno określić, bo bardzo się zmienia. Średnio we Mszy św. niedzielnej uczestniczy ok. 50 osób i drugie tyle we Mszy św. po angielsku. Wśród wiernych jest grupa potomków mieszkających tu od lat Koreańczyków, powoli przybywa Rosjan. Oddzielną grupą są obcokrajowcy będący na wyspie na kontrakcie, np. przy wydobyciu ropy – Amerykanie, Filipińczycy, Kolumbijczycy. Odważną i ciekawą grupą w okazywaniu swojej wiary są Malezyjczycy, którzy w swoim kraju, w większości muzułmańskim, są mniejszością. Oni trzymają się razem, od razu wchodzą w życie wspólnoty, nie boją się świadczyć o Chrystusie. – Gdy przyjeżdżają na kilka miesięcy, przychodzą do naszego kościoła. Mamy nawet osobne duszpasterstwo anglojęzyczne. Zwłaszcza Amerykanie są bardzo zaangażowani w życie parafii, pomagają w utrzymaniu świątyni – tłumaczy ks. Dariusz Świerc. Ze względu na klimat praca na wyspie ma często także wymiar czysto fizyczny. Aby wierni mogli dotrzeć do kościoła, trzeba najpierw utorować im drogę w grubej warstwie śniegu, a potem dopiero próbować dotrzeć do ich dusz. Najbardziej cieszy grupa parafian, którzy regularnie uczestniczą w życiu parafii, a także chrzty dzieci i dorosłych, osoby przystępujące do Pierwszej Komunii, jak i nawrócenia. – Czasem ktoś nie pojawia się przez kilka tygodni, zaszywa się gdzieś, bo jak to się tam mówi: „nie miał nastroju”, a potem znów aktywnie uczestniczy w życiu Kościoła. To taka specyfika tego miejsca – opowiada ks. Dariusz. Wskazuje, że podstawą ewangelizacji w tych stronach jest spokojna, delikatna, pokorna obecność Kościoła i tak jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa świadectwa nawróconych osób. – To historie przekazywane z ust do ust, przypadki przemienionego człowieczeństwa. Świątynię mamy w centrum miasta, więc niektórzy przychodzą z ciekawości i pytają. To pierwszy moment spotkania, a jak uwierzą, to przekonują rodzinę, przyprowadzają bliskich – np. chłopak dziewczynę. To praca krok po kroku, spokojna, na lata – mówi kapłan. Ks. Dariusz Świerc po powrocie z misji właśnie rozpoczyna „zwykłą” posługę w parafii. Jednak, jak przyznaje, zachowuje w sercu miłość do misji i wspiera pozostającego tam kapłana modlitwą.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół