• facebook
  • rss
  • Metr od wielkiego człowieka

    Anna Kwaśnicka

    |

    Gość Opolski 21/2013

    dodane 23.05.2013 00:00

    Arturo Mari, który przez ponad 50 lat dokumentował pontyfikaty sześciu papieży, opowiadał o życiu bł. Jana Pawła II widzianym przez obiektyw aparatu.

    Jest rzymianinem. Wychowywał się w cieniu dostojnej bazyliki św. Piotra. Przez ponad 50 lat dokumentował, uwieczniając na zdjęciach, pontyfikaty sześciu papieży, począwszy od Piusa XII – przedstawiała gościa Ewa Cichoń, dyrektorka Oleskiego Muzeum Regionalnego. Arturo Mari przez 27 lat był dyskretnym towarzyszem bł. Jana Pawła II. Był z nim niemal każdego dnia od świtu aż do późnego wieczora. Zawsze z aparatami fotograficznymi pod ręką, metr albo pół metra od ojca świętego. Podobno wykonał około miliona zdjęć.

    Pokora i rozmodlenie

    O papieżu mówi „ojciec”. Opowiada o nim, o jego rozmodleniu, jego wpływie na drugiego człowieka i na cały świat. – Człowiek, który odmienił oblicze ziemi, jest najlepszym określeniem tego, co Jan Paweł II zrobił dla dzieci, dla młodzieży, dla kapłanów, dla kobiet, dla ludzi całego świata. Przez cały swój pontyfikat dawał świadectwo, że człowiek jest najważniejszy dla Kościoła – podkreślił w pierwszych zdaniach Arturo Mari. – W siedzibach organizacji międzynarodowych miałem szczęście słyszeć mocny głos ojca świętego, który zawsze stawał w obronie człowieka – wspominał watykański fotograf, który w Oleśnie opowiadał o wydarzeniach z życia bł. Jana Pawła II świadczących o wielkiej pokorze papieża Polaka, jak i o jego głębokim zaufaniu Matce Bożej.

    – Mogłem widzieć go, gdy klęcząc na posadzce czy leżąc krzyżem, rozpoczynał dialog z Panem. Na początku nie znałem języka polskiego, ale z czasem zacząłem rozumieć słowa jego osobistej modlitwy – mówił Arturo Mari, podkreślając też, że ojciec święty potrafił rozmawiać z każdym. – W dniu urodzin, a była to niedziela, Jan Paweł II wizytował jedną z rzymskich parafii. Swoim zwyczajem podchodził do zgromadzonych wiernych. 10-letni chłopiec z rękami w kieszeni, podszedł do niego i powiedział: „Cześć. Jak się czujesz?”. Ojciec święty podjął rozmowę. A na jej zakończenie otrzymał prezent urodzinowy. Chłopiec wyjął z kieszeni cukierka. Jan Paweł II przyłożył go do serca i powiedział: „Panie, nie zasłużyłem na to” – wspominał fotografik.

    Wyspa trędowatych

    – W Zairze, w szpitalu, wśród chorych na AIDS Jan Paweł II chodził między łóżkami, przytulał dzieci, zwracał się w stronę rodziców. Gdy podszedł do 2-letniego dziecka, wziął je w ramiona i zaczął bujać. A dziecko było w stanie tragicznym, smród z włosów, brud. Tymczasem Ojciec Święty wziął swoją chusteczkę i otarł dziecku twarz. W odpowiedzi zobaczył jego uśmiechnięte oczy – opowiadał Arturo Mari, dodając, że być może to był pierwszy raz, kiedy to dziecko doświadczyło poczucia radości. – Przed siostrami, które prowadziły ten szpital, ojciec święty uklęknął i ucałował ich ręce, mówiąc: „W imię Boga, dziękuję”. To był Jan Paweł II – podkreślał papieski fotograf. – Kiedy byliśmy w Korei Południowej, ojciec święty chciał polecieć na wyspę, na którą nikt nie ma wstępu, na wyspę, którą zamieszkują trędowaci. Rząd dał mu jedynie 5 minut, by tam wszedł i pobłogosławił chorych – wspominał Arturo Mari, opowiadając, że Jan Paweł II, mimo że kard. Kim, metropolita Seulu, próbował go powstrzymać, dał mu znak, że ma nie przeszkadzać, i po kilkuminutowej modlitwie, zaczął podchodzić do każdego z kilkuset trędowatych. – My zastanawialiśmy się, czy to są jeszcze ludzie. Bez nosów, bez ust, bez uszu. Wygląd tragiczny. Tymczasem ojciec święty podchodził do każdego z nich. Pozdrawiał. Całował – mówił dokumentalista.

    Kulę poprowadziła inna ręka

    Obecność Mamy Świętej, jak nazywa Matkę Bożą, w życiu bł. Jana Pawła II była tak ważna i dostrzegalna, że Arturo Mari, podkreślał ją kilkakrotnie podczas spotkania w Oleśnie. – 13 maja 1981 roku, na placu św. Piotra byłem metr od ojca świętego. Widziałem jak upada. Pierwsze uczucie, pierwsze myśli: „zawalił mi się świat, mój ojciec umiera”. Zrobiłem zdjęcia, nie wiem, jak to się stało, ale udokumentowałem to wydarzenie. Do dziś myślę, że skoro to były 4 kule wystrzelone z bliskiej odległości, inna ręka musiała je wystrzelić, a inna je poprowadziła – opowiadał. – Kiedy 2 dni później byłem w klinice, by z racji zawodu udokumentować pobyt ojca świętego w szpitalu, usłyszałem: „Widzisz synu, Madonna nas ocaliła” – wspominał fotografik, dodając, że ani razu z ust bł. Jana Pawła II, leżącego w kałuży krwi na placu św. Piotra, nie słyszał jęku czy innych oznak bólu, a jedynie słowa: „Matko Boża, pomóż”. – W Fatimie ojciec święty przeżył drugi zamach. Po Mszy św., na ostatnich stopniach schodów szedłem przed nim ok. 4 metry. Jedno oko do przodu, drugie na ojca świętego, bo dla niego nie istniał protokół. W pewnym momencie moja 15-kilogramowa torba ze sprzętem fotograficznym spowodowała, że się obróciłem. W tym momencie uderzyłem nią w człowieka, jak się potem okazało – w zamachowca z bagnetem, którym jedynie przeciął ubranie ojca świętego. Matka Boża ponownie ocaliła jego życie – zakończył opowieść Arturo Mari.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół