• facebook
  • rss
  • Na skraju pustyni

    dodane 05.09.2013 00:00

    Wojny plemienne, szukanie wody różdżką, budowa kościoła i studni to wspomnienia o. Golli z Ghany.

    Pół wieku kapłaństwa obchodził o. Gerard Golla. Wprawdzie rocznica wypadła w styczniu, jednak werbista świętował ją latem, w rodzinnej parafii w Łanach. Przy okazji dzielił się przeżyciami z lat misyjnych.

    Smak biedy

    Urodził się 9 października 1937 roku jako drugie z czwórki rodzeństwa. W latach 50. ówczesny łański proboszcz, Józef Spilla zapraszał często werbistów. Oni sprawili, że chłopak trafił do szkoły w Domu Misyjnym św. Krzyża w Nysie. Po dwóch latach, gdy komuniści przejęli ich budynki, dostał się do ogólniaka w Raciborzu. Po maturze poszedł do seminarium w Pieniężnie. Wyświęcony w styczniu 1963 roku trafił na rok pastoralny do Bytomia, a potem został tam wikariuszem w parafii św. Małgorzaty. W 1966 roku, po krótkim kursie angielskiego w Liverpoolu, wyjechał do Ghany. Posłano go na północ kraju, gdzie spędził 16 lat – 10 w mieście powiatowym Yendi i 6 w nieco mniejszym Bimbilla. Ludność północnej Ghany stanowią Dagombowie, Nanumbowie i Konkombowie. Dwie pierwsze grupy wyznają islam i ich nawrócenie jest prawie niemożliwe. Konkombowie to animiści, bardziej otwarci na chrześcijaństwo. – Zaczynaliśmy od preewangelizacji, bo pierwsi misjonarze osiedlili się tam dopiero 3–4 lata przed nami. Wcześniej sporadycznie docierał do nich jeden z ojców białych.

    Ludzie tam są niezwykle serdeczni, im ubożsi, tym bardziej skłonni się dzielić – opisuje o. Golla. Jednym z problemów jest brak wody pitnej. Przez pół roku nie spada tam ani kropla deszczu, i kobiety chodzą po wodę do rzek oddalonych nawet 5 km. – Raz przyszła do mnie delegacja z dalekiej wioski, prosząc o pomoc w wykopaniu studni. Brat z misji twierdził, że jest różdżkarzem, więc pojechaliśmy tam. Wyjął swoje przybory i zaczął szukać odpowiedniego miejsca. Gdy wziąłem je do rąk okazało się, iż jestem wrażliwszy na żyły wodne od niego – mówi misjonarz. Szybko natknęli się na twarde skały. Wyszło wtedy, że jeszcze w czasach kolonialnych Brytyjczycy kopali tam studnie wykorzystując dynamit. – Odszukałem mężczyzn, którzy mieli uprawnienia z tego okresu i pojechałem 500 km na południe, by wyprosić dynamit od armii ghańskiej. Po kilku miesiącach dokopaliśmy się do wody – dopowiada. Wieść o tym rozeszła się i w ciągu 10 lat O. Golla wykopał ok. 20 studni, dzięki którym ludzie do dziś o nim pamiętają.

    Misyjny azyl

    Gdy w 1977 r. przeniesiono go do miasta Bimbilla, prócz pracy misyjnej zajął się budową kościoła. Zachęcał też do używania w rolnictwie bydła. Był to czas kryzysu gospodarczego. Brakowało żywności, mydła i benzyny. Misję ratowały dostawy zboża z Ameryki. Pod koniec 1981 r. w Bimbilla doszło do wojny plemiennej. Werbista starał się być neutralny, ale gdy w mieście wybuchły zamieszki między Nanumbami i Konkombami jechał z miejscowym policjantem do Yendi po wsparcie. Wiózł do szpitala ukamienowanego Konkomba, mijając zbrojnych Nanumba i był świadkiem ostrych walk. Gdy dowiedział się, że Konkombowie z południa idą na Bimbillę, przekonywał do odstąpienia od przelewu krwi. Jednak dopiero oficer ghańskiej armii, który dotarł do otoczonego już miasta odwiódł ich od ataku, grożąc zbrojną interwencją. W tym czasie wielu Nanumbów i Konkombów chroniło się w misji o. Golli. – Gdy byłem w 1999 r. na utworzeniu diecezji w Yendi, na północy było jeszcze gorzej. Doszło tam do kolejnej wojny, która jeszcze bardziej spustoszyła region. Ale chrześcijaństwo się rozwija – mówi O. Gerard.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół