• facebook
  • rss
  • Zaduszki i Halloween

    ks. Tomasz Horak

    dodane 19.10.2013 09:44

    Dziś to my musimy śmierć oswajać. Dobrze, jeśli tylko chryzantemami i zniczami. Gorzej, gdy potrzebne staje się pogańsko-amerykańskie Halloween.

    Telefon. „Mama odeszła, czy może ksiądz przyjechać?”. Gdzie? Do szpitala? Jasne, już jadę. Mama była przez sakramenty przygotowana i do życia, i do śmierci. Zawsze optymistycznie nastawiona. Pielęgniarka prowadzi do kostnicy (u nas w hospicjum nazywamy to pokojem pożegnań i inaczej to wygląda – to inny temat). Modlimy się, namaszczenie (choć niedawno przyjmowała). Córka odchyla całun. Moment zaskoczenia. Mama – i... nie mama. W ruchach dwudziestoletniej córki czułości więcej niż lęku. Nie, ona nie boi się mamy. Ale takie doświadczenie ma pierwszy raz.

    Umarł ojciec. Choroba zeszpeciła go nie do poznania. Jolka miała wtedy chyba 7 lat. Trauma pozostała. Dziecko nie mogło się przemóc, by pójść na grób taty. To z kolei powodowało wyrzuty sumienia. Rozmawialiśmy o tym w małym, modlitewnym kręgu. Było już późno, noc ciemna jak smoła. „Idziemy na cmentarz?” – rzuciłem pytanie. Wszystkie oczy skierowane na Jolkę (teraz już 12 lat). Długa chwila milczenia. Wreszcie wydusiła „idziemy”. Najpierw przystanęliśmy przy dużym krzyżu. Modlitwa... Jola kurczowo trzyma mnie za rękę. Lekko pociągnąłem, cicho pytając: „Idziemy?”. Poprowadziła. Nie było ani płaczu, ani żadnej innej zewnętrznej reakcji. W dziecku coś jednak odtajało. Pękła kilkuletnia blokada. Dochodziła północ...

    Spotkanie ze światem „z tamtej strony” jest trudne. Czasem bardzo. Mimo wiary w życie wieczne zaskoczenie tą bezwzględną „innością” jest nieporównywalne z niczym. Kiedyś było inaczej. Ludzie rodzili się w domu i w domu umierali. Misterium narodzin było bliskie i dokonywało się częściej niż teraz. Misterium umierania i śmierci było tak samo bliskie. Oba dokonują się nie bez bólu, nie bez lęku. Ten lęk i ten ból zniknęły z oczu za drzwiami szpitalnych oddziałów. Szkoda.

    Gdy w domu umierała, powiedzmy, babcia, wokół trumny zbierała się rodzina, sąsiedzi i modlili się. Śpiewów był spory repertuar, modlitewnik zasobny w stosowne teksty. Wnuki widziały zapłakaną mamę i tatę z kamienną twarzą. Uczyły się życia. Zmieniona twarz babci, siność jej twarzy, sztywne ręce nie dziwiły. Nie było tego lęku i buntu co dziś. Śmierć była częścią życia. Nawet lampek i kwiatów na grobie w Zaduszki nie musiało być tyle. Śmierć oswajała ludzi swoją obecnością.

    Dziś to my musimy śmierć oswajać. Dobrze, jeśli tylko chryzantemami i zniczami. Gorzej, gdy potrzebne staje się pogańsko-amerykańskie Halloween. Geneza tego obyczaju jest stara. Ale pada on w naszych czasach na podatne podłoże. Także w Polsce – gdzie od niedawna zaczyna się panoszyć. Padając na jałową glebę nieuformowanego człowieczeństwa, staje się niebezpieczne. Lęk przed nieznanym zostaje zamieniony w zabawę. Zabawa splata się w jedno z magią. Wszystko jest nierzeczywiste. Jak większość obszarów życia w tak zwanym cywilizowanym świecie.

    Nie uciekniemy przed tajemnicą życia. Oswajajcie więc dzieci ze śmiercią, z cmentarzem, z modlitwą przy otwartej trumnie. Ich zwykle nie ma na tej modlitwie. Łatwiej zaproponować Halloween, kaplicę z trumną babci zamykając na klucz. Zaprowadźcie w tych dniach dzieci na cmentarz – nie tylko za dnia do sprzątania, ale także wieczorem, gdy ciemno i cicho, gdy szeleszczące pod nogami liście o czymś zdają się opowiadać. Przy grobie kogoś bliskiego albo pod krzyżem zmówcie pacierz. W ciszy, w kilka najbliższych osób. To będzie więcej znaczyło niż pusta maskarada rodem z Ameryki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół