• facebook
  • rss
  • Ojczyzna Pyki

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 50/2013

    dodane 12.12.2013 00:00

    Rok Rodziny. Nie przewróciło im się w głowach od dużych pieniędzy. Dzielą się z innymi i chwalą Boga.

    Grzegorz Pyka smykałkę do biznesu odkrył w sobie dość wcześnie. Miał sześć albo siedem lat, kiedy w Barucie k. Strzelec Opolskich spacerującym po wiosce parom kuracjuszy z tamtejszego sanatorium „Hubertus” grzecznie się kłaniał i wręczał bukiecik nazbieranych na łące „gansipampków” [stokrotek – przyp. ak]. – I jak mogli odmówić? Potem przychodzili do nas do domu, po maślanka i mleko. Tak się zaczęło – śmieje się pan Grzegorz, który dzisiaj jest właścicielem firmy „Pyka – Skup, Przetwórstwo i Sprzedaż Artykułów Mięsnych”, która istnieje już 22 lata (doświadczenie masarskie 40 lat). W tej firmie pracę ma 40 ludzi, prawie połowa to krewni, w tym obydwie córki Ania i Kasia oraz zięciowie Piotr i Armin. Ubojnia, masarnia i biuro w Jemielnicy, cztery sklepy plus autosklep.

    Z krwi i kości

    Grzegorz Pyka zamiłowania do masarstwa nie odziedziczył po ojcu, który był murarzem. – Joł jest z krwi i kości masorz. Nic innego nie umiam robić ani przy samochodzie, ani w domu – przyznaje szczerze. Ale do masarstwa ma wielki talent, ledwo ukończył szkołę zawodową, został mianowany brygadzistą w masarni w Zawadzkiem. – Było mi 17 lat, a miałem kierować tymi masorzami, którzy mnie uczyli. Nogi mi się ugięły, jak mnie kierownik przedstawiał, że jestem od teraz ich kierownikiem – wspomina. Kilka lat później został szefem masarni GS w Jemielnicy. Robota paliła mu się w rękach. Kiedy przyszły czasy wolnego rynku, razem z żoną Gizelą postanowili przejść na swoje, zaryzykować. – Pracowaliśmy z żoną od czwartej, piątej rano, czasem do pierwszej w nocy. Raz po mnie karetka pogotowia tu przyjechała. Ale po nasze kiełbasy stały kolejki dookoła domu. Teraz to nic ciężkiego ta robota – mówi.

    Ojczyzna i niemiecka propozycja

    Tu jest moja ojczyzna – mówi pan Grzegorz, pokazując przez okno domu rodzinnego na zakład i stojący za nim dom córki. To nie są jakieś wielkie, patetyczne słowa. Tak tu się po prostu mówi: ojczyzna – to, co po ojcu. Pytam, czy nie chcieli wyjechać do Niemiec. – Na tym osiedlu z co drugiego domu powyjeżdżali. To prawie moda była – mówi Gizela Pyka. Jej mąż pojechał do Reichu na zaproszenie kolegi. – Woził mnie po różnych ranczach i dużych sklepach. Zawiózł mnie również do takiego państwa, co mieli zakład masarski. Masarenka, sklepik przy tym. Herr szef już stary był i tak mi godoł: to może być Twoje. Jak moje? Normalnie, twoje, ino warunek, że będziesz to prowadził, że będzie szła produkcja, będziesz sprzedawał, a żona, co tam żona, żona tu ściągniesz. Ani chwili się nie zawahałem: wracam do domu. Wola dom, spokój, rodzinę – mówi pan Grzegorz. – Aż teść się obraził, jak mąż przyjechał i to opowiedział. Że takiej szansy nie wykorzystał – dopowiada pani Gizela.

    Dom i stół

    – Nasza rodzina daje nam dużo radości. Aż się człowiek boi, czy to się nagle nie skończy, czy coś złego się nie stanie – mówi Gizela Pyka. – Kilka miesięcy temu na weselu Kasi z Arminem powiedziałem tak: Dzieci, jak będzie zgoda i uczciwość to trzy rodziny utrzymają się z tej masarni i będziemy mogli jeszcze dzielić się z innymi. Ino zgoda musi być – mówi Grzegorz Pyka. Cała rodzina: Pykowie – rodzice i córki z mężami codziennie razem jedzą obiad. Gotuje mama. A wspólne rodzinne śniadania są od poniedziałku do piątku. W czasach kiedy biskupi nawołują, żeby rodziny przynajmniej obiad świąteczno-niedzielny zjadły razem! – Rodzinę Pyków znam, odkąd tutaj jestem. Jest to rodzina oparta na wierze i tradycji, na mocnym umiłowaniu tych dawnych, tradycyjnych wartości: uczciwości, pracy, solidności. Nie wspomagają tylko parafii, ale praktycznie każdy, kto zwraca się do nich o pomoc, otrzymuje ją. Nikogo bez pomocy nie zostawiają. Są to ludzie wielkiego serca, bardzo mocno związani z parafią, z Kościołem. Co ważne – postawę rodziców przejęły córki. Oni się w ogóle nie wywyższają, są bardzo skromni, normalni, tacy jak wszyscy, powiedziałbym, że są bardzo pokorni, serdeczni i bardzo otwarci – mówi ks. Henryk Pichen, proboszcz w Jemielnicy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół