Nowy numer 16/2018 Archiwum

Jej sławny czerwony płaszczyk

Z Teresą przeżyłem w redakcji biurko w biurko 18 lat. Dzięki niej zostałem do „Gościa Niedzielnego” przyjęty. Była dla mnie po trochu mamą, siostrą, nauczycielką, koleżanką, przyjaciółką…

Nie wiem, jak jest w innych redakcjach, ale dzięki Teresie w „Gościu Opolskim” pracy nie można było sobie wyobrazić bez dzielenia się tym, czym żyjemy. Dzieci, mąż, żona, rodzina (w wypadku Teresy, rzecz jasna, także jej kolejne psiuńki, jamniki długowłose, z którymi potrafiła rozmawiać przez telefon...) – gadaliśmy dużo i szczerze. I – jak to w redakcji być powinno – nie zawsze zgadzaliśmy się w sprawach redakcyjnych, bo opinie wyrażaliśmy otwarcie. Ale kłóciliśmy się tylko raz: o to, czy biel na szczytach Dolomitów, które mijaliśmy, wracając ze spotkania redakcji z Janem Pawłem II, to śnieg czy odblask słońca… Przeżyliśmy razem kawał życia. Były to lata po prostu piękne. Cokolwiek próbuję napisać, już nie wiem po raz który, jest puste. Teresa była wielobarwna. Nieuchwytna. O jej dokonaniach więcej na stronach ogólnopolskich, tutaj piszę wspomnienie osobiste. Czuję się zobowiązany powiedzieć jedno.

W najgłębszej swojej głębi Teresa była człowiekiem wiernym sumieniu. Nonkonformistyczna, walcząca o to, co wedle jej rozeznania było słuszne, prawdziwe i dobre. To nie jest pośmiertne idealizowanie. Nie raz, nie dwa potrafiła sprzeciwiać się opinii całego środowiska. Ani przez moment nie zawahała się iść za głosem sumienia i samotnej wierności Bogu nawet w dramatycznej sytuacji, która groziła utratą pracy i narażeniem na szwank dobrego imienia. Myślę, że z tego czystego wewnętrznego źródła – miejsca spotkania człowieka ze Stwórcą – biła siła i światło, których brak po jej śmierci odczuło wielu ludzi składających także nam, jakby osieroconym, kondolencje. Stąd, wbrew przemożnym siłom natury, brała się moc do zwyciężania ciężaru choroby, która, jak określił bp Jan Kopiec w kazaniu pogrzebowym, wręcz ją, jak biblijnego Hioba, „zmiażdżyła”. Rzeczywiście, została zmiażdżona, ale nie pokonana, nie dała się pokonać. Dwa ostatnie lata jej ziemskiej wędrówki to osobna opowieść. Teresa oszczędzała nam szczegółów, nie chciała martwić. Nie opowiadała o swoim cierpieniu, ale o wdzięczności dla troskliwej rodziny oraz lekarzy i pielęgniarek z wrocławskiego szpitala wojskowego. – O Teresie miałam zawsze zdanie takie: pod przykrywką wesołej i zdawałoby się beztroskiej osoby kryje się wiele rozumiejący, dobry i mądry człowiek – powiedziała mi Alicja Wysocka, z którą Teresa polubiła się od początku pracy w „Gościu”. Ja nie mogę zapomnieć słów Kingi, córki Teresy: „Do końca mówiła, że Was, z Gościa, kocha. I do końca się uśmiechała”. Czy facet w sile wieku może płakać po stracie koleżanki z pracy ? Nawet się nad tym nie zastanawiam. Kazała się pochować w czerwonym płaszczyku, dżinsach i czerwonych butach, broń Boże w garsonce. Teresa, w każdym calu Teresa. Pa.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma