• facebook
  • rss
  • Paulinka ma piękne oczy

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 33/2014

    dodane 14.08.2014 00:00

    Historia dziewczynki z Dolędzina. Chciała uratować babcię, potem przeszła morze cierpień wyzwalając w ludziach dobro.

    Paulinkę Srokę w najdramatyczniejszym momencie jej życia znało pół Polski. Czytelnikom „Gościa Opolskiego” trzy lata temu wzruszająco opisywała jej historię Teresa Sienkiewicz-Miś. Po tych tekstach wielu naszych Czytelników poruszonych losem dziewczynki pośpieszyło z pomocą. Minęło trzy i pół roku. – Przez ten czas byłem świadkiem wielu cudów. Pierwszy cud, że to dziecko w ogóle żyje – zaczyna opowieść ks. Joachim Kroll z Modzurowa.

    Żadnej kalkulacji

    Dolędzin to malutka wioska w gminie Rudnik, parafia Modzurów, oficjalnie licząca 24 mieszkańców. Tutaj w dawnym bloku PGR na pierwszym piętrze mieszka Paulinka z rodziną: mamą Ewą, tatą Markiem i bratem Przemkiem. Kiedy w końcu października 2010 r. w ich mieszkaniu wybuchła butla z gazem i rozpętał się gwałtowny pożar, sześcioletnia Paulinka wyprowadzona z mieszkania przez wujka rzuciła się z powrotem, by ratować kochaną babcię.

    – Wbiegła parę kroków do  ognia, oczywiście nie była w stanie babci pomóc. Na szczęście zasłoniła sobie oczy, ocaliła je, ale w tym jednym momencie jej ręce zostały spalone… – wspomina ks. Kroll. Pytam dziewczynkę, czy pamięta coś z tych chwil. Kręci głową, cicho mówi: „nie”, spuszcza wzrok. Kiedy podnosi głowę, patrzę na jej szaroniebieskie oczy. Czy potrafiłbym wbiec do płonącego mieszkania, by ratować kochanego człowieka, bez żadnej kalkulacji? Pijemy kawę, milczymy, dziewczynka częstuje ptasim mleczkiem braciszka, który właśnie wskoczył do kuchni.

    Przerażenie księdza

    – Przez półtora miesiąca utrzymywana była w farmakologicznej śpiączce w szpitalu w Katowicach-Ligocie. Cała parafia przez ten czas się tutaj modliła, byliśmy przerażeni tym, co się stało – opowiada duszpasterz. Wszyscy poszkodowani z Dolędzina leżeli w szpitalu: babcia, Paulinka, mama Ewa, braciszek Przemek i wujek. Babcia, Maria Janosz, zmarła po 13 dniach. – Kiedy Paulince odłączono respirator, dostałem wiadomość ze szpitala: niestety, nie potrafi samodzielnie oddychać. „Upiekła” sobie płuca i układ oddechowy – wspomina ksiądz, który na bieżąco informował parafian o sytuacji rodziny, zwłaszcza Paulinki, i wzywał do modlitwy. – Jedna z parafianek powiedziała mi, żebym się aż tak bardzo nie przejmował, że jakby to miał zostać taki „krypel”, to może niech lepiej Pan Bóg zabierze. Mnie to przejęło bardzo – wspomina ksiądz.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół