• facebook
  • rss
  • Może jeszcze 20 lat dożyjam

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 37/2014

    dodane 11.09.2014 00:00

    Ludzie. Łatwe to życie Gertrudy Weidel od początku nie było...

    Kiedy miała 6 lat, na gruźlicę zmarła jej mama Rozalia. Potem pracowała na gospodarstwie ojca. Ciężką pracę ma we krwi i to od razu widać na jej dłoniach, zgrabiałych palcach, na pooranej zmarszczkami twarzy. Po prawie 85 latach życia wciąż jest zabiegana, troszczy się o innych, pomaga, kiedy tylko można. Wstaje przed świtem, by pomodlić się indywidualnie. Czasami idzie w tajemnicy przed siostrami nasadzić kwiatków.

    Gertruda staje się Bertradą

    Zakonne imię wylosowała przed obłóczynami. – Na stole przełożona położyła kartki z imionami, a my wyciągały. Piyrwyj tak było, my byli posłuszni na każde słowo – mówi s. Bertrada Gertruda Weidel ze Zgromadzenia Sióstr Pielęgniarek Trzeciego Zakonu Regularnego św. Franciszka. Ale s. Serafina Bogdon, dyrektor Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Opolu-Szczepanowicach, pyta: – A powiedziałaś, że synek przyszedł po Ciebie, a tyś już była w klasztorze? Siostra Bertrada wybucha głośnym śmiechem. – Anton przyjechał z ojcem do nas do domu w niedzielę, a ja poszłam do klasztoru w Ołdrzychowicach w sobotę – tłumaczy. Ojciec chciał przekazać Gertrudzie gospodarstwo. – Downiej ludzie w polu ciężko pracowali. My mieli 2 konie, a 100 morgów pola, 20 morgów łąki. Jak miałam 14 lat, to papa powiedział: „Truda musi dostać gospodarstwo, bo nikt nie pracuje tak jak ona” – wspomina s. Bertrada. Siostry franciszkanki poznała w Radkowie, gdzie razem z 6 koleżankami i wcześniej wspomnianym Antonem pomagała w pracach na klasztornym gospodarstwie. – Wesoło było, zawsze wszyscy razem – i w polu, i w kościele. Śpiewali my cały czas, nawet jak wracali z pola, niekiedy o dwunastej w nocy – opowiada s. Bertrada. Jej życie w zakonie rozpoczęło się 2 lutego 1951 roku. Przez rok jako postulantka pracowała w szpitalu w Opolu przy Katowickiej. Następne 22 lata w Prószkowie w Domu Pomocy Społecznej, a potem niecałe 10 lat w Dobrzeniu Wielkim, gdzie rozbudowała DPS. Najkrótszy okres zakonnego życia spędziła w Kłodzku-Boguszynie, by potem trafić do domu dla dzieci niepełnosprawnych w Ludwikowicach Kłodzkich. Tam żyła, pracowała i modliła się przez ponad 20 lat. W 2007 roku zamieszkała w Opolu-Szczepanowicach. – Z ciężkim sercem opuszczała dzieci i dom w Ludwikowicach. Przybyła do nas z pytaniem, czy będzie miała tu co robić – opowiada s. Serafina.

    modlitwy i rzykanie

    By odprawić własne specjalne modlitwy, zanim będzie modlić się z siostrami z klasztoru, s. Bertrada wstaje zwykle około 4.00. Co to są te własne modlitwy? – No, za wszystkich! – dziwi się pytaniu s. Bertrada. – Teraz tyle w świecie niepokoju. To się modlam. Ale nie wiem, czy dobrze, bo mówię: „Żebyś upokorzył tych diabłów, nieprzyjaciół”. No, żebyś ich umysł zmienił – precyzuje przedsoborowe wezwanie modlitewne s. Bertrada. – Ona tak naprawdę modli się cały dzień – mówi s. Goretti Spallek, którą s. Bertrada przedstawia jako swoją „koleżankę i fajną kobietę”. – Mówimy jej: „Odpocznij, masz już słuszny wiek”. Ale nie ma szans. Ona musi się modlić, musi ciągle coś robić – opowiada s. Goretti. Siostra Bertrada przejmuje się całym światem, współczuje ginącym za wiarę w Iraku (chciała odwołać przyjęcie z okazji jubileuszu 60-lecia życia zakonnego, żeby przekazać im pieniądze), modli się za małżeństwa rozbite i za pary małżeńskie, które nie mogą mieć dziecka. W tej ostatniej dziedzinie ma chyba specjalny posłuch. Ludzie przychodzą do niej prosić o modlitwę w tej intencji i kilkoro dzieci urodziło się po tych wstawienniczych modlitwach. Modli się także z chorymi z ZOL-u, od 14.00 do 15.00. A w przerwach między modlitwami ciągle czymś się zajmuje. – Jeszcze może 20 lat dożyjam – mówi siostra jubilatka. Chciałaby nawet jeszcze pojechać na misje!

    Warszawa, czyli Oma

    – Trochę boimy się o nią. Bo nie ma prawie dnia bez upadku. Gdzie się coś stanie, to siostra tam jest. A to gałąź na nią spadnie albo upadnie razem z drzwiami wyłamanymi przez wichurę. Ona śmiercią naturalną raczej nie umrze – śmieje się s. Goretti, a z nią jej koleżanka s. Bertrada. Ale tak już było od początku. Kiedy zaczęła jeździć samochodem warszawa, zwanym pieszczotliwie „omą”, przypadków drogowych nie brakowało. Kiedy dachowała po poślizgu na ropie, zostawionej na jezdni przez rosyjskie czołgi jadące do Czechosłowacji, przejeżdżający pracownicy zawieźli do Prószkowa informację, że Bertrada i druga siostra nie żyją. – Jak my przyjechały, to się dziwili: „To wy żyjecie?!”. Milicjant powiedział nam, że to cud – wspomina s. Bertrada. Osobny rozdział przygód to utarczki z drogówką. – Sto złotych mandatu chcecie za to, że joł te dwie kryski przejechała? – pytała. Dwie kryski, czyli podwójna ciągła. Aniołowie i święci jej nie opuszczali, kiedy zapomniała zaciągnąć hamulec w zaparkowanym z górki aucie. – Jak to zostawiłam pusty samochód? Św. Antonik tam był! – tłumaczyła zdenerwowanym i przeklinającym kierowcom, czym ich rozbroiła. Św. Antonik zahamował jadący na luzie samochód akurat przed budką z marmoladą, która stanęła na drodze staczającej się warszawy.

    Kochana Mamo

    – To wszystko przez ten ciągły pośpiech; wszystko szybko, szybko – tłumaczy siostra. – Wielu ludzi pamięta, jak wyszukiwała biednych i potrzebujących pomocy, targowała się o materiały budowlane, zyskiwała dobrodziejów z Niemiec do pomocy – mówi s. Serafina. Po 40 latach wciąż w Prószkowie siostrę poznają i pamiętają. Dzieci z domu w Ludwikowicach piszą listy. Na Dzień Matki: „Kochana Mamo, Tyś nam dała swoje serce, a teraz my dajemy Tobie swoje serca”. Pewnie pamiętają ją także dyrektorzy, z którymi w czasach komunizmu załatwiała deficytowe materiały budowlane na rozbudowę DPS w Dobrzeniu Wielkim. – Pojechałam na św. Franciszka do elektrowni, wcześnie rano. Dyrektor, jak wszedł, to się zapytał: „A czemu tak wcześnie?”. Odpowiedziałam: „Kto wcześnie wstaje, temu Pan Bóg daje. No to dyrektor też mi musi dać”. I o pierwszej godzinie już była na budowie gruszka cementu! Joł pomagała i oni mi pomogali – opowiada s. Bertrada. Na budowie potrafiła nosić dwa worki wapna naraz. A pomagający strażacy tylko jeden. – Ale to małe synki były – tłumaczy s. Bertrada i uśmiecha się szeroko do tych wspomnień: – Fajnie było – powtarza.

    Małe szachrajstwa

    Teraz też jest fajnie i wesoło z s. Bertradą. – A o tych szachrajstwach powiedziałaś? – przypomina s. Goretti. Bo s. Bertrada chodziła zagospodarowywać w tajemnicy kolejne części trawnika na kwiatki. – Jej w ogródku kwiatków było za mało. I dyrektorka co rano widziała coraz więcej rabatek – śmieje się s. Goretti. Kiedy s. dyrektor Serafina zmniejszyła liczbę sadzonych pomidorów w ogrodzie, to s. Bertrada hodowała swoje flancki w pokoju, pod kaloryferem i przykrywała je fartuchem. Ale przełożona i tak znalazła. – Ona mnie zawsze przyłapie – śmieje się s. Bertrada. – Ach, jak jej zabraknie, to nie wiem, co z nami będzie – wzdycha s. Serafina, a s. Bertrada stoi obok i się uśmiecha, oczy jej błyszczą.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół