• facebook
  • rss
  • Podanie „z szuflady”

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 38/2014

    dodane 18.09.2014 00:00

    Wyjazd na misje był jej niewypowiedzianym pragnieniem od czasów dzieciństwa. Ale Pan widzi w ukryciu.

    Pochodząca z Gorzowa Śląskiego s. M. Vianneya, czyli Dorota Wilczek, w sanktuarium Matki Bożej w Figuil w Kamerunie w 40. rocznicę przybycia sióstr służebniczek do tego kraju, w roku bł. Edmunda, świętowała srebrny jubileusz życia zakonnego. Wcześniej podczas urlopu cieszyła się z tego w leśnickim klasztorze, do którego wstępowała.

    To ty...

    – Jako dziecko chciałam na misjach głosić Pana Jezusa, oddać dla Niego życie. Jednak później wstąpiłam do służebniczek, których charyzmat jest nieco inny. Potem, już jako zakonnica napisałam wprawdzie prośbę o wyjazd na misje, ale jej nie oddałam przełożonej. Gdy kiedyś modliliśmy się o powołania misyjne, słyszałam w sercu: „To ty...”, ale nadal wahałam się, czy powiedzieć o tym matce. Pomyślałam, że mam tu swoje zadania, podoba mi się praca w Polsce, misje to chyba nie dla mnie – opowiada s. Vianneya. W zgromadzeniu sióstr służebniczek NMP w Leśnicy służyła Bogu i ludziom 10 lat. – Nasze zgromadzenie nie jest typowo misyjne, większość placówek mamy w diecezji opolskiej i sąsiadujących z nią. Jednak jeśli któraś z sióstr czuje takie powołanie, może wyjechać np. na Ukrainę, do Włoch lub Kamerunu – tłumaczy s. M. Laureta z klasztoru w Leśnicy. Widać Stwórca rozpatrzył podanie „z szuflady”, bo po dekadzie s. Vianneya wyruszyła do Kamerunu. Pracuje tam już kilkanaście lat. – Jako pielęgniarka leczę chorych, opiekuję się nimi i uczę katechezy. Pracowałam już chyba w prawie wszystkich tamtejszych placówkach prowadzonych przez siostry służebniczki – uśmiecha się.

    Kredą po tabliczce

    – Po tych wszystkich latach czuję, że Kamerun jest moim krajem. Ludzie tam są jak moja rodzina. Tam czuję się nawet bardziej w domu. Dawniej dziwiłam się, że siostry wracające z misji tęskniły za tamtą pracą, dziś sama już tęsknię za Kamerunem – przyznaje misjonarka. I opowiada m.in. o tym, że szkoła wygląda tam nieco inaczej. Zamiast okien z szybami są tylko betonowe kratki, w niewielkiej klasie mieści się często ponad setka uczniów. Nie ma ławek, obecni siedzą na ziemi, a nauczyciel do dyspozycji ma tylko tablicę i kredę. Obowiązującymi językami są francuski i angielski. W pierwszej klasie uczniowie nie mają nawet zeszytów, tylko tak jak kiedyś w Polsce tabliczkę i kredę. – Dlatego poziom nauki nie jest zbyt wysoki, bo dzieci nie mają na czym ćwiczyć; nawet zakup kredy jest poważnym wydatkiem. Gdy jeździłyśmy do okolicznych wiosek z drugą siostrą, by uczyć dziewczęta szyć i pisać, okazało się, że nawet z literkami był problem. Dzieci nie wiedziały też, jak wypowiadać różne słowa. W końcu sama zastanawiałam się, czy je dobrze wymawiam – śmieje się siostra.

    Ile Bóg da

    Najważniejszym zadaniem misjonarzy, prócz świadczenia o Chrystusie, jest pomaganie w leczeniu mieszkańców. – Są okresy, kiedy codziennie mamy po 150 pacjentów na trzech konsultantów. A jeszcze trzeba robić zastrzyki, opatrunki, podawać kroplówki, wydawać leki, wypełniać dokumenty i inne formalności, itd. Większość pacjentów choruje na malarię. Dorośli są odporniejsi, ale wśród dzieci śmiertelność jest wysoka. Często trzeba najpierw przetaczać im krew, co można zrobić tylko w szpitalu, a wielu osób na to nie stać. Kiedy mamy trochę pieniędzy z Europy albo ze sprzedaży lekarstw, które otrzymujemy za darmo, możemy ich wesprzeć – mówi s. Vianneya. Tłumaczy, że starają się wtedy pożyczać pieniądze, a nie rozdawać, by mieszkańcy tego nie wykorzystywali. Poza tym w ten sposób można pomóc większej liczbie ludzi. – Mówię im: „Pożyczam Ci. Jak będziesz miał, to oddaj”. Większość oddaje. Jeden z pacjentów po kilku miesiącach przyszedł do mnie, mówiąc „Siostro, ja jeszcze nie mam tych pieniędzy, ale przyszedłem powiedzieć, że pamiętam o tym długu”. Inna kobieta kupiła tabletki dla swojego dziecka. Jednak ono wymiotowało, więc lek nie mógł zadziałać. Powiedziałam, że potrzebna będzie kroplówka, ale okazało się, że matka wszystko wydała już na tabletki. Mimo to podłączyłam kroplówkę. A ona przyszła po trzech miesiącach z tym dzieckiem na ręku zapłacić – opowiada misjonarka. Przyznaje, że praca tam jest trudna, ale niczego nie żałuje i po urlopie z radością wróci na Czarny Ląd. – Tego, co tam doświadczyłam, tu nie przeżyłabym na pewno. Widać to jest potrzebne dla mojego rozwoju, a może też jestem pomocą dla innych. Będę tam, jak długo Bóg da – podsumowuje s. Vianneya.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół