• facebook
  • rss
  • Prawy i szczery do bólu

    Dariusz Cupiał

    |

    Gość Opolski 43/2014

    dodane 23.10.2014 00:00

    Sylwetka o. Stanisława Celestyna Napiórkowskiego OFMConv piórem jego ucznia – twórcy programu Inicjatywa Tato.Net.

    W 1981 r. na teologię w Lublinie było trzech kandydatów na jedno miejsce. Zatem towarzyszyło mi napięcie. Nazwisko o. Napiórkowskiego budziło respekt. Wiadomo było, że nie toleruje lipy i fuszerki. Wchodzę do sali egzaminacyjnej, spod okularów obserwuje mnie uważnie, przegląda moje dokumenty i mówi swoim charakterystycznym, niskim głosem: „Panie Dariuszu, pierwsze pytanie na tym uniwersytecie!”. Nabrałem powietrza, a on, widząc to, pyta mnie: „Gdzie leży Myszków?”. Stamtąd przyjechałem do Lublina. W tym zdarzeniu objawia się prawda o o. Napiórkowskim: jest on człowiekiem spotkania.

    Teolog

    Studiowanie pod okiem o. Napiórkowskiego było dla mnie spotkaniem z teologiem przez duże „T”. Pomógł mi zakochać się w królowej nauk, wybrać się z nią jako towarzyszką w podróż życia. Sposób, w jaki uprawia teologię profesor, wprowadza porządek, ład w myśleniu. Współczesny człowiek bardzo tego potrzebuje. Ja też nieraz potrzebowałem odpowiedzieć sobie na pytania, jaka jest waga poszczególnych prawd w depozycie Kościoła. Są prawdy centralne oraz te, które są od tego centrum oddalone. Są tradycje i jest Tradycja. Klarowanie hierarchii prawd dokonywało się w kuźni ojca profesora. Jest wybitnym mariologiem, ale jego fundamentalne dzieło to „Solus Christus”, czyli „Tylko Chrystus”. Myślę, że teologia ukierunkowana na centrum jest dobrem, które pozwoliło mi stworzyć mapę teologicznych dróg, po których można się bezpiecznie poruszać. Zresztą ojciec profesor w tej nawigacji teologicznej jest myślicielem, który posiada fantastyczny warsztat metodyczny. Miał rzesze uczniów, bo potrafił współpracować i nawigował w ścieżkach teologii. Słynny teolog i ojciec soboru o. Yves Congar OP powiedział kiedyś do mojego kolegi o prof. Napiórkowskim, że choć go nie poznał osobiście, z jego publikacji wie, że ten jest wybitnym teologiem.

    Mistrz

    Kiedy byłem studentem, często wśród kolegów padało pytanie: czy znalazłeś już swojego mistrza? W wewnętrznej wędrówce intelektualnej właśnie prof. Napiórkowski stał się istotnym punktem odniesienia. Mężem uczonym, który jest zarazem mistrzem i mentorem. Dostrzegam kilka ważnych jego cech. Po pierwsze: sztuka aktywnego słuchania. On, wielki profesor, uczestniczący w dialogach międzynarodowych i wpływający na myślenie Kościoła powszechnego, rozmawiał bez wyniosłości z młodym żaczkiem i potrafił zmotywować, dawać wizję. Był dostępny. Widzieliśmy, jak w skupieniu pracował nad ważnymi publikacjami, a jednak dzwonek do drzwi powodował u niego uśmiech na twarzy i już nic nie było ważne, tylko gość. Niejednokrotnie potrafił angażować się finansowo, stworzył własny, swoisty fundusz stypendialny, którym wspierał swoich uczniów i biedaków z ulicy. Jest osobą prawą oraz szczerą do bólu. W Kościele czy na uniwersytetach katolickich dzieją się niekiedy różne rzeczy, które nie powinny się dziać. Profesor pomagał swoim uczniom wyrabiać sobie opinie i dojrzałe postawy wobec takich problemów. Pamiętam, jak zgłosił się do mnie jeden z księży, prosząc, żeby napisać mu doktorat. W kopercie była duża suma pieniędzy, zaliczka, a materialnie miałem wówczas ciężki okres. Udałem się z tym do mojego mistrza: „Co mam zrobić?”. Powiedział: „W życiu będą konsekwencje niekonsekwencji. Osoba, która nie ma kwalifikacji, nie powinna mieć tytułu naukowego”. To wystarczyło, sytuacja była dla mnie już jasna. Podziw wśród uczniów ojca profesora przynosiła mu jego cnota odwagi w krytyce czyjegoś stanowiska bez względu na osobę. Ta krytyka nie ma w sobie nic z braku szacunku dla osoby. To jest krytyka z „czystej miłości do prawdy”, jak mawia. Myślę, że tego uczyliśmy się od profesora. Dzisiaj w debatach mniej jest tak odważnych ludzi.

    Brat

    Profesor stał się dla nas mistrzem również dzięki silnemu rysowi wspólnotowemu. Kazał do siebie mówić „brat Celestyn”, nie „księże profesorze doktorze habilitowany”. Na tytuły nie zwracał uwagi. Jego radość życia, humor, pogoda ducha i gościnność biorą się ze wspólnoty franciszkańskiej, którą kocha i buduje. Ważne dla niego są też przyroda i sport – przez lata pełnił z pasją funkcję kuratora Akademickiego Związku Sportowego na KUL-u. Niedawno spotkałem brata Celestyna, jak maszerował al. Piłsudskiego w Lublinie swoim zamaszystym krokiem, on, 80-letni piechur. Zatrzymałem się, zapraszając do środka samochodu. Odmówił, mówiąc, że po sutym obiedzie doktorskim jest obowiązkiem maszerować. Na pożegnanie jednak uśmiechnął się serdecznie i powiedział: „Dziękuję, że się zatrzymałeś i zaproponowałeś podwiezienie. Bez tego świat nie byłby tak piękny!”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół