• facebook
  • rss
  • W afrykańskim sierocińcu

    Anna Kwaśnicka


    |

    Gość Opolski 48/2014

    dodane 27.11.2014 00:00

    – Poznałam dramatyczne historie dzieci. Wiele z nich doświadczyło przemocy, wiele z nich bardzo wcześnie straciło rodziców – opowiada Magdalena Mika.

    Wyjeżdżając na 6-tygodniowy wolontariat do Living-
stone w Zambii, mówiła, że to krok na drodze rozeznawania powołania misyjnego. Sześć tygodni w Afryce minęło jej bardzo szybko. I już wie, że chce tam wrócić. Przed nią ostatni rok studiów i czas na życiowe wybory, ale już dziś zastanawia się też nad uruchomieniem stałej pomocy dla Lubasi Home, sierocińca, w którym pracowała.
W Zambii poznała Afrykę troskliwą, niespieszącą się, a także bardzo rodzinną.

    – Ich codzienność i zwyczaje przeniknięte są wspólnotowością. W Europie możemy im tego pozazdrościć – opowiada i podkreśla, że ta rodzinność nie tyczy się tylko relacji między dziećmi i rodzicami, ale też między sąsiadami, znajomymi.
Magdalena pracowała w sierocińcu na obrzeżach najbardziej turystycznego miasta Zambii. To ośrodek prowadzony przez tamtejszą diecezję, w którym schronienie znajdują dzieci o bardzo różnych historiach, niejednokrotnie mocno doświadczone przez życie. – Pojechałam tam, by udzielać korepetycji maturzystce, ale z czasem nawiązałam relacje z dziećmi. Byłam panią w bibliotece, starszym pomagałam w odrabianiu lekcji, z młodszymi się bawiłam. Gdy dzieci mi zaufały, to też zwierzały mi się. Dużo rozmawialiśmy – opowiada wolontariuszka.
– Doświadczyłam tego, czym jest sierociniec. Trafił do nas chłopiec, który wraz z rodzicami został złapany w czasie nielegalnej ucieczki z Konga na południe. Dwa dni płakał. Nie potrafiliśmy się z nim porozumieć, bo nie znał angielskiego ani narzecza, którym porozumiewają się mieszkańcy Zambii. Próbowałam tłumaczyć pojedyncze słowa na język francuski, żeby spróbować wyjaśnić mu, gdzie i dlaczego się znalazł – wspomina Magdalena, dopowiadając, że ta historia zakończyła się szybciej, niż wszyscy się spodziewali, bo po kilku dniach rodziców wypuszczono z więzienia i wraz z chłopcem odtransportowano do Konga.
– Była u nas rozbrykana 5-latka, z którą mocno się zżyłam. Kiedy wróciłam do pracy po wolnym weekendzie, okazało się, że dziewczynki już z nami nie ma. Stawiła się po nią matka i dziecko od ręki zostało jej oddane, choć dziewczynka zupełnie nie była przygotowana do tak ogromnych zmian w swoim życiu – opowiada wolontariuszka, a w jej spojrzeniu można dostrzec tęsknotę za ludźmi, wśród których czuła się jak u siebie.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół