• facebook
  • rss
  • Dawid, Goliat i szynszyle

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 48/2014

    dodane 27.11.2014 00:00

    W sądzie i Temida się potknie – tak można podsumować ponad dekadę walki o sprawiedliwość.

    Amiało być tak pięknie. Był niszowy, świetny pomysł, dokładne przygotowania i realizacja krok po kroku. I kiedy wszystko zaczęło się układać, nastąpiła tragedia, a po niej trwająca do dziś walka o sprawiedliwość.


    Dziwna pasza


    – Hodowla szynszyli miała być ukoronowaniem mojej kariery przedsiębiorcy i początkiem firmy na pokolenia. Zdawałem sobie sprawę, że to wymagające zwierzęta i należy się przygotować do tego bardzo starannie. Wówczas rynek futrzarski był przyszłościowy, branża ta jako jedna z nielicznych przetrzymała kryzys światowy – rozpoczyna Gerard Kosytorz z Pietraszowa.
Udało się zdobyć preferencyjny kredyt z dopłatą do odsetek z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, wybudować nowoczesną fermę i kupić za 250 tys. zł stado o najlepszym genotypie. W 2002 r. hodowla ruszyła. Przedsiębiorca dzięki gruntownemu szkoleniu i kontaktom ze specjalistami wkrótce stał się ekspertem w dziedzinie chowu szynszyli, stawianym jako wzór przez naukowców z Akademii Rolniczej z Wrocławia.
Niestety, w styczniu 2004 roku zwierzęta zaczęły padać, ronić, łysieć. Wezwany weterynarz i specjaliści z sanepidu nie stwierdzili patogenów ani chorób. – Wtedy zauważyłem, że pasza w formie granulatu dziwnie puchnie i jest żrąca. Okazało się, że zawiera węglan sodu, choć jego użycie w procesie produkcji takiej karmy jest zabronione. Szynszyle nie potrafią wypluć tego, co zjadły, a w kontakcie ze śliną ta silna zasada paliła im układ pokarmowy. Poza tym trawią nie kwasami, które mogłyby ją zneutralizować, ale bakteriami. Silna zasada je wybiła, więc nie przyswajały pożywienia i konały z głodu – tłumaczy hodowca. Tak poszła ponad setka samic, a i kolejną trzeba było wkrótce zagazować, by skrócić ich cierpienia. Nawet te, które zostały, nie nadawały się ani na skórki, ani do rozrodu.


    Efekt domina


    Udowodnienie, że ta partia karmy była przyczyną padnięć zwierząt, zajęła Gerardowi Kosytorzowi kilka lat. Kolejne rozprawy z wielkim koncernem, zaskakujące i rozbieżne wyroki, odwołania, ekspertyzy kosztowały wiele sił, środków i nerwów. W tym czasie z hodowli nie pozostało nic. Konieczność spłaty kredytu, mimo pomocy siostry, wpędziła przedsiębiorcę w rosnące w zastraszającym tempie długi. W dniu, w którym zapadał wyrok, mimo prośby o wstrzymanie egzekucji licytowano jego dom, na szczęście nieskutecznie. Jednak za złamanie warunku, że produkcja będzie prowadzona przez co najmniej 15 lat, musiał zwrócić ARiMR dotację z odsetkami.
– To, że udało mi się wygrać, zawdzięczam tylko własnej czujności, szczęściu i uporowi. To nie był jedyny przypadek, że zwierzęta padały, jednak często właściciele omotani propozycją uznania reklamacji, niewielkiej rekompensaty oraz gratisowej wymiany paszy na nową, co było przedstawiane jako wyraz troski o klienta, pozwalali zabrać felerną partię i potem nie mieli dowodów na to, że właśnie to było przyczyną śmierci zwierząt. Przetrzymywanie próbek od czasu pobrania do ich oddania do analizy powodowało, że dana partia w wyniku przeterminowania zmieniała swoje właściwości fizyko-chemiczne i okazywała się bezużyteczna jako materiał dowodowy – wymienia przedsiębiorca.
Jak się okazało, skrupulatnie należało też sprawdzać dobór biegłych, zakres badań wykonanych i tych dawanych naukowcom do zaopiniowania oraz rzetelność wydawanych ekspertyz.
Ostateczny wyrok, obarczający winą za śmierć szynszyli paszę zawierającą żrącą sodę i obligującą firmę do wypłaty odszkodowania zapadł po trzech latach, 27 listopada 2007 roku.


    Zadość sprawiedliwości?


    Na odtworzenie hodowli nie ma szans – inne są warunki rynkowe, większa konkurencja, brak możliwości uzyskania kredytu, nieporównywalnie gorszy stan ducha i finansów Gerarda Kosytorza. Odszkodowanie, 635 tys. zł, wystarczyło zaledwie na pokrycie długów. Rozpadu rodziny, pogorszenia stanu zdrowia czy pogrzebanych planów przedsiębiorcy nie zrekompensuje nic.
Ważą się jeszcze losy procesu o utracone korzyści. Kilka tygodni temu hodowca złożył do Sądu Najwyższego kasację od wyroku sądu apelacyjnego, który zaskoczył go stwierdzeniem, że nastąpiło przedawnienie, bo miał on pełną wiedzę odnośnie sprawcy i wysokości szkody już w 2004 roku i wtedy powinien wnosić o rekompensatę. Jak się to skończy – nie wiadomo. Przedstawiciel firmy Cargill czekając na rozstrzygnięcie wstrzymuje się od jakiegokolwiek komentarza. Gerard Kosytorz jednak stwierdza: – Jeśli trzeba będzie, pójdę i do Strasburga. Wierzę jeszcze w tę ludzką sprawiedliwość. Gdy szedłem do sądu, każdy mi mówił, że nie mam szans wygrać z koncernem, a udało się – podkreśla hodowca.
A na otarcie łez otrzymuje kolejne laury za nalewkę, której wyrobem zajął się w tym czasie. Jego orzechówka zdobyła w tym roku nagrodę Perła 2014 w konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo – Smaki Regionów” jako jeden z najlepszych produktów regionalnych Opolszczyzny, stając się kolejną pasją przedsiębiorcy z Pietraszowa. Teraz zamierza on wykorzystać swój czas na doprowadzenie do wdrożenia jasnych przepisów związanych z produkcją, sprzedażą i promocją lokalnych wyrobów.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół