• facebook
  • rss
  • Scenariusz zaakceptowany na górze

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 07/2015

    dodane 12.02.2015 00:00

    Wywiad. O zawodzie chirurga, transplantacji ręki i podsycanej nieufności do lekarzy z prof. Jerzym Jabłeckim

    Andrzej Kerner: Panie Profesorze, jest Pan chirurgiem o międzynarodowej sławie, z wielkimi osiągnięciami. Dlaczego zajął się Pan chirurgią transplantacyjną ręki?

    Prof. Jerzy Jabłecki: Byłem zafascynowany postacią prof. Ryszarda Kocięby, który przeprowadził pierwszą w Europie udaną operację replantacji, tj. przyszycia pacjentowi odciętej ręki. Trafiłem do jego szpitala w Trzebnicy jeszcze w ramach wolontariatu i zaprzyjaźniłem się z nim. Od 1976 r. jestem związany z tym zespołem.

    Zaczęło się od przypadku, ale jak coś człowieka zainteresuje, to się idzie w głąb. Wtedy były zupełnie inne czasy: nie było komórek, pogotowia lotniczego, karetka jechała z jakiegoś odległego miejsca czasem kilkanaście godzin, a my wszyscy czekaliśmy na posterunku, bo szef wszystkich zwoływał. Starsi pracowali przy stole operacyjnym na zmianę, a my, młodsi, mieliśmy zaszczyt przyglądania się przebiegowi operacji. Ten typ szkolenia jest teraz nie do osiągnięcia, bo młodzież lekarska jest zaangażowana w pogotowie i wiele innych działań zarobkowych.

    Czy Pan Profesor widzi w ręce coś pięknego?

    Człowiek, jak i cały wszechświat jest dla mnie dowodem realizacji tzw. projektu, tj. zamysłu Wyższej Inteligencji. Ręka jest tego niezaprzeczalnym dowodem. Symulacje komputerowe potwierdzają, że układ więzadeł i ścięgien jest optymalny pod względem efektywności, każda zmiana skutkowałaby jej zmniejszeniem, to samo można powiedzieć o unerwieniu i ukrwieniu. Na przykład uszkodzenie jednej z głównych tętnic jest kompensowane przez pozostałą w taki sposób, że kończyna nadal pozostaje sprawna.

    Czynności chirurga wydają się trudne do zniesienia psychicznie, a nawet mało estetyczne. Czy w tym zawodzie jest coś pociągającego?

    Tak. Możliwość przywrócenia człowiekowi funkcji lub w radykalny sposób pozbawienie go bólu nie do zniesienia, np. przez obcięcie gnijącej nogi. Jest bez kończyny, ale wraca do życia. Możliwość radykalnego i zdecydowanego zadziałania – myślę, że to pociąga. Niestety, obserwujemy odwrót od chirurgii ogólnej, bo jest ciężką i niewdzięczną specjalizacją.

    Dlaczego niewdzięczną?

    Ponieważ jest nieprzychylna atmosfera w relacjach pacjent–lekarz, zwłaszcza pacjent–chirurg. Nieufność jest podsycana przez media. Ilość roszczeń w ciągu ostatnich dziesięciu lat wzrosła niemal pięciokrotnie. Pazerność ludzi na odszkodowania jest duża. Są kancelarie prawnicze specjalizujące się w zdobywaniu odszkodowań dla pacjentów niezadowolonych z leczenia. Pierwszą myślą chirurga, który widzi pacjenta, jest: jak zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami? Zginęło zaufanie. Oczywiście, zawsze zdarzały się ewidentne błędy, ale nie sądzę, żeby ich procent tak mocno wzrósł w stosunku do lat ubiegłych. Zazwyczaj sprawa jeszcze nie jest wyjaśniona, ale już media wiedzą, że lekarze „zamordowali noworodka” albo chory został wypisany ze szpitala i umarł. W jednym z powiatowych szpitali chory pukał w sobotę do drzwi szpitala i mu nie otworzono. Ale on pukał do drzwi oddziału rehabilitacyjnego, który w soboty nie pracuje. Jak można z tego robić zarzut szpitalowi? Na tej absurdalnej podstawie zrobiono aferę medialną, a szpitalowi odebrano kontrakt. C

    o Pan Profesor odczuwa, kiedy operacja się nie powiedzie?

    Niepowodzenie odczuwa się bardzo boleśnie. Jako ordynator analizuję z moim zespołem wszystkie przypadki, każdy krok, zastanawiamy się, gdzie nie byliśmy doskonali, co można poprawić, jaki inny sposób leczenia byłby lepszy. Każdy lekarz chce, żeby proces leczenia przebiegał jak najlepiej dla chorego. To jest przecież naturalne – każdy chce swoją pracę wykonać jak najlepiej. Jest to również sprawa ambicji. Nieudana operacja to porażka ambicjonalna. Chirurg odczuwa dyskomfort nie tylko dlatego, że chorego nie udało się przywrócić do zdrowia, ale ma świadomość, że jest gorszym chirurgiem niż inni. To jest bolesne.

    Czy chirurg transplantolog ręki ma jakieś szczególne dylematy etyczne?

    Jesteśmy jedynym w Polsce ośrodkiem wykonującym przeszczepy kończyny górnej. Jak dotąd wykonaliśmy dziewięć takich przeszczepów, siedem z powodzeniem. Ogromnie się cieszymy, że jesteśmy jednym z wiodących, światowych ośrodków. Wszyscy pacjenci mają się, dzięki Bogu, dobrze. Nasze doświadczenie w transplantacji kończyny górnej od zmarłego dawcy opiera się na doświadczeniu replantacyjnym, czyli przyszywaniu urazowo amputowanej dłoni pacjenta. Technika wykonywania obydwu rodzajów operacji jest podobna, ale transplantacja jest dużo trudniejsza. Jeżeli ratuje się życie, zawsze jest dylemat, czy zrobiło się wszystko. Jeśli chodzi o chirurgię ogólną – leczy się wszystkich, nie odstępuje się od leczenia. Co do transplantologii, co jakiś czas wybucha dyskusja, czy można pobierać narządy, czy nie, czy dawca umarł, czy nie umarł. Śmierć jest jasno określonym stanem klinicznym. Określenie śmierci mózgu jest jednoznaczne. Nigdzie i nigdy nie zdarzyło się, aby po uznaniu przez komisję lekarską człowieka za zmarłego cokolwiek się odwróciło. Zgromadzony materiał kliniczny, a mówimy o milionach obserwowanych przypadków, podważa jakąkolwiek możliwość przeżycia po śmierci mózgu. Zatem: ja osobiście nie mam dylematów moralnych. Przed chirurgiem nie ma takich wyzwań jak w położnictwie czy ginekologii. Choć w transplantologii widzę jeden nowy dylemat. Od niedawna przeszczepia się macicę. Jest to procedura eksperymentalna i nawet pomijając fakt, że zapłodnienie dokonuje się in vitro, jest problematyczna. Mamy bowiem do czynienia z dwoma osobami. Chory może decydować o procedurze eksperymentalnej na sobie na własne ryzyko. Jednak nikt nie pyta dziecka, czy ono też się na to zgadza. Jeżeli młodej kobiecie przeszczepiono macicę 61-latki i w efekcie urodziło się dziecko, to pytam: jakie lekarze mieli podstawy, aby być pewnym, że macica 61-latki będzie zdrowa i sprawna?

    Jak długo po śmierci mózgu ręka nadaje się do transplantacji?

    Wszystkie do tej pory pobrania ręki od zmarłego miały miejsce „na krążeniu”, tzn. jakkolwiek mózg już nie żył, to narządy były ukrwione. Staramy się, żeby okres od pobrania kończyny do przywrócenia w niej krążenia krwi nie przekraczał 9 godzin. Ten czas zależy m.in. od masy mięśniowej, a ta z kolei od poziomu amputacji. Im jest mniejsza, tym większa jest tolerancja na niedotlenienie spowodowane brakiem krwi.

    Czy każdą odciętą dłoń można przyszyć?

    Nie. Przystępując do operacji, musimy mieć pewność, że jesteśmy w stanie zagwarantować minimum ruchomości dłoni oraz czucie protekcyjne: ciepła, zimna, bólu. Kończyna górna jest szczególnym narządem – chory nawet ze słabo działającą ręką czuje się lepiej niż bez niej. O ile proteza kończyny dolnej spełnia funkcje podporowe i te protezy są doskonałe, to z górną jest inaczej. Mimo nawet bardzo dobrych obecnie istniejących protez bioelektrycznych ręki, które pozwalają np. podnieść kieliszek, rozbić jajko, słowem: pozwalają bardzo precyzyjnie posługiwać się kończyną, dla tych chorych, którzy zgłaszają się na przeszczep, powodem decyzji jest kalectwo: bez ręki czują się głęboko upośledzeni. Tego nie spotykamy w przypadku kończyn dolnych. Dlatego na świecie przeszczepiono kończyny dolne u trzech pacjentów, natomiast rąk – sto kilkanaście.

    Kusiła Pana Profesora kariera na Zachodzie?

    W Europie jest pięć działających ośrodków transplantacyjnych ręki: Innsbruck, Lyon, Mediolan, Walencja i nasz ośrodek w Trzebnicy. Nigdy nie aplikowałem do innego szpitala. Nasz sukces to dzieło świetnie zgranej drużyny. Nasze osiągnięcia opierają się na pasji i więzi przyjacielskiej członków drużyny. Jeżeli tego nie ma, a wspólne działanie opiera się tylko na umowie o pracę, to zawsze ktoś będzie niezadowolony. Z powodu konieczności przeprowadzenia operacji przeszczepów ręki koledzy przerywali wakacje. Pani Renacie przeszczepialiśmy ramię zaraz po Bożym Ciele, był długi weekend – wszyscy się zjechali do operacji z wyjazdów. O takie relacje łatwiej w małym zespole niż w dużym.

    A kwestia pieniędzy, warunków pracy?

    Pomijam fakt, że mnie taki wyjazd nigdy nie interesował. Koszt emocjonalny byłby bardzo wysoki. Znam wielu ludzi z elitarnego klubu złożonych przeszczepów wielotkankowych. Ci, którzy zdecydowali się na wyjazd z własnego kraju, których dziś widzimy w aureoli chwały, autorów spektakularnych przeszczepów (np. prof. Maria Siemionow), pracowali niezwykle ciężko. Zostawia się przyjaciół, bliskich, poświęca się tylko pracy, pracuje się po kilkanaście godzin dziennie. Mało kogo stać na coś takiego.

    Jest Pan Profesor człowiekiem wierzącym. Czy podczas operacji odczuwa Pan w jakiś sposób obecność Boga?

    Zawsze modlę się za swoich pacjentów. Podczas pierwszego przeszczepu ręki mieliśmy naprawdę ogromny stres, bo nie mieliśmy jeszcze takiego doświadczenia. Myślę, że wszystko udało się ewidentnie z pomocą Bożą. Zresztą operacja przeprowadzona była w rok po śmierci Jana Pawła II. Zbieżność chyba nie była przypadkowa. Ja nie wierzę w przypadki. W życiu chrześcijanina nie ma przypadków: jeżeli coś się dzieje to znaczy, że tak ma być. Że taki jest scenariusz zaakceptowany na górze.• Nasz rozmówca będzie jednym z wykładowców w cyklu Wykładów Otwartych. Ich program na s. VIII.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół