• facebook
  • rss
  • Młodość ukradziona

    Anna Kwaśnicka

    |

    Gość Opolski 07/2015

    dodane 12.02.2015 00:00

    Sybiracy. Wczesnym rankiem psy zaczęły ujadać, dając znak, że dzieje się coś niedobrego. To była bardzo mroźna sobota, 10 lutego 1940 r. Dzień pieczenia chleba.

    Wtedy, 75 lat temu, życie wielu polskich rodzin zmieniło się bezpowrotnie. Przez władze sowieckie zostały zmuszone do osiedlenia się na Syberii. Pierwsza masowa deportacja została przeprowadzona w lutym 1940 r. Szacuje się, że w latach 1940–1941 przymusowo przesiedlonych w głąb ZSRR zostało ok. miliona Polaków. Wśród nich była rodzina Chwalińskich z Polesia. Wielka międzynarodowa polityka wojenna rozgrywała się nad ich głowami.

    Wyrwani ze swojego życia

    – Mój ojciec Mateusz Chwaliński kupił na Polesiu ziemię i wraz z mamą Franciszką oraz moim starszym rodzeństwem: Władkiem i Marysią, przeniósł się spod Radomia do osady Ostrówek w powiecie Kosów Poleski. Tam się urodziłem w grudniu 1928 r. – rozpoczyna opowieść Adam Chwaliński z Opola. Pan Adam, wybitny inżynier ds. projektów wodnych melioracji, w drugiej połowie lat 80. XX wieku zaczął spisywać wspomnienia. Przez lata opisał swoje bogate życie, które w młodości naznaczone było zesłaniem, ciężką pracą, głodem i śmiercią bliskich. Pan Adam zajął się też rodzinną genealogią i odkrył, że po powstaniu styczniowym również jego przodkowie byli zesłani w głąb Rosji. – Po naszą rodzinę przyszli w sobotę 10 lutego 1940 r. Od samego rana wiedzieliśmy, co się dzieje, bo Sowieci najpierw podjeżdżali wozami pod domy sąsiadów. Ojciec z moim starszym bratem zabili świnię i jałówkę, żebyśmy mieli mięso. Wypieczony został chleb, potem upieczony drób. Naszykowaliśmy też worek mąki, tyle mieliśmy – opowiada pan Adam. Tamtego dnia wszystkie 52 rodziny z Ostrówka zostały przymusowo wysiedlone. Pociągiem wywieziono ich na Sybir w okolice Archangielska. Już sama podróż była męką w nieludzkich warunkach. W jednym wagonie na czerech pryczach upchnięto około 50 osób. Najtrudniej było osobom starszym i maleńkim dzieciom, dla których nie było mleka.

    Mordercza praca w tajdze

    Rodzina Chwalińskich trafiła do bazy Szund-Oziero w głębokiej tajdze. Długie baraki stały w bezpośredniej bliskości jeziora, a w każdym z nich zamieszkało od 5 do 7 rodzin. – Najmłodszy braciszek, nasz 2,5-letni Tadzio zmarł już na przełomie kwietnia i maja. Razem z ojcem w zamarzniętej ziemi na skraju lasu kopałem dla niego grób – wspomina Adam Chwaliński. Mówi, że początkowo ojciec wyprzedawał przywiezione z Polesia rzeczy, żeby mieć jakieś pieniądze. Praktycznie jedli tylko chleb i mamałygę, czyli wodę z mąką. Adam, który miał 11 lat i kilka miesięcy, razem ze starszą siostrą Gienią pracował w tajdze przy wiatrołomach. To była bardzo ciężka robota, na którą byli za młodzi, za lekko ubrani. Pracowali od rana do nocy, by wyrobić normę. Gienia stała niżej i ciągnęła piłę w dół, Adam wdrapywał się wyżej i ciągnął do góry, tak wspólnymi siłami dzień w dzień odcinali kolejne konary. – Pod koniec października, gdy już spadł śnieg, zostaliśmy zatrudnieni w łaźni. Przynosiliśmy wodę z jeziora. Trzeba ją było czerpać wiadrami z przerębla, co było bardzo niebezpieczne i groziło utonięciem w lodowatej wodzie. Rąbaliśmy też drzewo i cały dzień pilnowaliśmy paleniska, żeby w łaźni woda się nagrzała, a gdy wieczorem przychodzili ludzie się kąpać, musieliśmy im donosić na żądanie zimną lub ciepłą wodę. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie poparzyć się wrzątkiem, ale też raz, niosąc wieczorem wodę z jeziora, fiknąłem kozła razem z wiadrami. Oblałem się calutki i nim uszedłem kilkanaście metrów woda na mnie zamarzła. Na szczęście, nie zachorowałem – opowiada pan Adam. Praca w łaźni trwała przez 7 dni w tygodniu, więc o żadnym dniu wolnym nie było mowy. A przecież zarówno pan Adam, jak i jego siostra byli dziećmi. – Spotkałem się wtedy z życzliwością niektórych klientów łaźni, którzy przy płaceniu za kąpiel dawali mi drobne kwoty – wspomina i dodaje, że na wiosnę znów zostali wysłani do pracy w tajdze. – Tym razem z siostrą byliśmy już sprytniejsi. Ścinanie konarów szło nam sprawniej, więc zaoszczędzony czas przeznaczaliśmy na zbieranie jagód, które można było wymieniać na jedzenie.

    Pociągiem śmierci na południe

    – W listopadzie 1941 roku kazano nam się zbierać do wyjazdu. To było po porozumieniu polskiego rządu na emigracji z ZSRR. Wtedy najpierw z tobołami ruszyliśmy w kierunku rzeki Dźwiny. Potem około 10 dni płynęliśmy statkiem, z czego wiele nie pamiętam, bo przede wszystkim wreszcie mogłem odespać ciężką pracę. Gdy dopłynęliśmy do Kotłasa, przesiedliśmy się do wagonów pociągu towarowego. Podróż na południe ZSRR, do Azji Centralnej miała trwać niewiele ponad tydzień i takie mieliśmy zapasy jedzenia, ale więcej czasu staliśmy na bocznicach niż jechaliśmy, ponieważ pierwszeństwo na torach miały transporty wojskowe – opowiada Adam Chwaliński i dodaje, że do Tokmaku nad rzeką Czu dojechali dopiero po 5 tygodniach. – To była mordercza podróż. Jej wspomnienia wciąż mną wstrząsają. Tej drogi nie przeżyło m.in. dwoje dzieci mojego starszego brata. Przez 5 tygodni tylko dwa razy dali nam zupę. Raz ojcu udało się złapać dużego psa, którego zabił i wtedy na kilka dni mieliśmy jedzenie – mówi. Rodzinę Chwalińskich ulokowano w kołchozie Czapajew po przeciwnej stronie rzeki Czu, na terenie Kazachstanu. Tam zamieszkali w niewielkich opuszczonych glinianych chatach. Pierwszego dnia dostali po pół kilo mąki na osobę. Potem już nic. O wszystko musieli starać się sami. Czasem udało znaleźć się jakąś pracę, częściej nie. Głód nadal był ich codziennym towarzyszem, do tego doszły choroby.

    Mama została tam na zawsze

    – Wiosną ojciec znalazł mi pracę w ogrodnictwie. Więc codziennie szedłem do miasta, by kopać w ziemi. Dostawałem za to zupę na obiad i kawałek chleba dla rodziny. Pewnego dnia, to było wiosną 1942 r., ktoś powiadomił ojca, że wszystkich naszych z kołchozu załadowali na furmanki, przewieźli przez rzekę do Kirgizji i porzucili pod miastem. Miałem dalej pracować, a ojciec poszedł sprawdzić, co się dzieje. Po pracy miałem do nich dołączyć – wspomina pan Adam. To był tragiczny dzień dla rodziny Chwalińskich. Gdy pan Adam dołączył do rodziny, zobaczył młodszą o 2 lata siostrę Anię stojącą na środku ulicy i płaczącą na całe gardło. Starsza siostra Gienia siedziała na ziemi przy mamie i cicho łkała. – Zrozumiałem, że mama nie żyje. Już długi czas chorowała, praktycznie już nie wstawała, była wycieńczona. Później dowiedziałem się, że tata – jak i inni koczujący na ulicy – otrzymał pieniądze na jedzenie, które na bazarze mu skradziono. Gdy mama się o tym dowiedziała, jej serce nie wytrzymało – mówi pan Adam. I opowiada, że gdy przyszedł nad rzekę i zobaczył płaczące siostry, ojciec w tym czasie odprowadzał do szpitala starszego syna, który już w tajdze chorował, po odmrożeniach groziła mu nawet amputacja nóg. Z kolei pan Adam musiał odprowadzić Gienię, która też była słabiuteńka. W czasie gdy ich nie było, ludzie naprędce pochowali panią Chwalińską, nie na cmentarzu, a nad brzegiem rzeki. – Po wielu latach chciałem mamę sprowadzić do Polski. Pojechałem do Kirgistanu, ale okazało się, że miejsce, gdzie ją pochowano, niestety, było już zabudowane – wyjaśnia pan Adam i dodaje, że tamtego nieszczęsnego dnia, kiedy zmarła mama, a do szpitala trafili brat i siostra, zachorował także ojciec. „Ataman” i prymus – Później, gdy gen. Anders wyprowadził wojska, nastały trudne czasy. Aresztowali tych, którzy nami się opiekowali. Żeby mieć coś do jedzenia, codziennie przechodziłem przez szeroką i niebezpieczną rzekę Czu, żeby zbierać chwasty, które nadawały się do jedzenia i na sprzedaż na bazarze. W końcu i ojca NKWD zabrało do więzienia. Z listu dowiedzieliśmy się, że chcą, by zrzekł się obywatelstwa polskiego, a wtedy go wypuszczą. Padł na nas strach. Baliśmy się, że jeśli podpisze papiery, to już nigdy nie wrócimy do Polski. Robiliśmy wtedy buraczane pierogi z otrębów. Gienia zrobiła jeden pieróg większy. Ukryliśmy w nim list z prośbą do ojca – wspomina Adam Chwaliński i dodaje, że w Kirgizji władze polskie już organizowały domy dla sierot, półsierot, inwalidów i starców. Do sierocińca trafił też Adam z siostrami. – Ojciec obniżył mi wiek o 2 lata. Wtedy byłem dużo mniejszy od swoich rówieśników, a przez to, że w papierach byłem młodszy, mogłem chodzić do szkoły, a nie do pracy – opowiada i dodaje, że w domu dziecka po 2 latach była już setka dzieci. Pan Adam w szkole był prymusem, a wśród kolegów „atamanem” – po prostu liczyli się z jego zdaniem. Za wspaniałe wyniki w IV klasie dostał w nagrodę książkę, z której dumny jest do dziś. Wspomnień z sierocińca jest wiele, nie wszystkie dobre. Przez knucie jednej z nauczycielek pan Adam nie wrócił do Polski razem z innymi dziećmi. Było to dla niego niezrozumiałe i krzywdzące. Do Polski przyjechał w 1946 r. z ojcem. Osiedlili się w Szczecinie. – Biegał wtedy taki „sybiraczek” boso po mieście – uśmiecha się pan Adam. Z czasem ukończył studia we Wrocławiu, wcześniej się ożenił, a na początku lat 60. XX wieku osiadł w Opolu. Zawodowo zajmował się projektami wodnych melioracji, ta praca do dziś jest jego pasją.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • cathstimm@gmail.com
      09.11.2016 14:08
      Dziendobry. Zyje we Francji. Pisze w tej chiwili o swojim ojcu Sybiraku ktory juz nie zyje. Bardzo bym chciala sie zkontaktowac z Panem Mateuszem. Mozliwe? Dziekuje. Catherine Feuvry Stimm
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół