• facebook
  • rss
  • Co w sercu, to w drewnie

    Karina Grytz-Jurkowska


    |

    Gość Opolski 19/2015

    dodane 07.05.2015 00:00

    Ludzkie historie. Rzeźbi, gra, śpiewa, opowiada – tyle talentów w jednym człowieku. Ale przede wszystkim 
kocha to, co robi, szanuje tradycję i dzieli się nią z innymi.


    Na jarmarcznym stole ma przeważnie rząd drewnianych, malowanych postaci. Stoi więc św. Antoni z chlebem, tulący Dzieciątko i św. Jan Nepomucen, chroniący od powodzi. Tuż obok baba w chustce, rolnik z kosą i starzyk z kuflem w dłoni. Są i zwierzęta – konie z wozami i karety, do których zaprzęgano od święta, i bociany, które podobno przynoszą dzieci. 
– A z tym bocianem to coś musi być na rzeczy – śmieje się Norbert Kleman, twórca ludowy, pochodzący z Izbicka. Kiedyś kobietę, która na jarmarku zagadała, że jest osiem lat po ślubie, a nie ma dzieci, namówił, by kupiła figurkę tego ptaka. Za rok przyszła, mówiąc: „Chłopie, tyś mi poradził! Już momy fajnego syneczka!”.


    Talent w genach


    – Mój ojciec, Józef był cieślą budowlanym, stawiał ludziom chałupy… A zimą, jak nie było roboty, to siedział przy piecu i rzeźbił. Jak byłem mały, to się temu przyglądałem. I myślę, że mam to trochę w genach – opowiada Norbert Kleman.
Z okazji Pierwszej Komunii św. dostał od ojca w prezencie zestaw dłutek. Potem odziedziczył i resztę narzędzi, gdy tata dość wcześnie mu zmarł.

    I tak już w podstawówce został rzeźbiarzem.
Pierwsza publiczna prezentacja jego dzieł okazała się jednak katastrofą. Kiedy polonistka zadała klasie do domu napisanie wypracowania o „Dziadach” Adama Mickiewicza, on postanowił zrobić coś więcej.
– Wyrzeźbiłem występujące tam postacie: Guślarza, Duchy, kapliczkę… Tymczasem pani, jak to zobaczyła, to na mnie nakrzyczała, próbując dociec, skąd to wziąłem, czy nie ukradłem. Skończyło się dwóją i wezwaniem mamy do szkoły. Nie uwierzyła, że to moje dzieło – śmieje się po latach artysta. Dlatego potem już rzeźbił tylko dla siebie. Nawet za kawalerskich czasów, idąc „na zołlyty”, wolał swojej przyszłej żonie nazrywać polnych kwiatów niż ofiarować jakąś swoją figurkę. Na szczęście to nie był jego jedyny talent.


    Od gawędy do uli


    Pasją Norberta Klemana były od zawsze tradycje, obrzędy i ludowe opowieści. Może to zasługa Jakuba Kani, pochodzącego z niedalekich Siołkowic pisarza i poety ludowego, z którym znała się jego rodzina.
– Pamiętam go dobrze, bo jak przychodził do nas, często przynosił ze sobą cukierki. Opowiadał nam, dzieciom, różne historie, bajki, gawędy ludowe i tak mi to zapadło w serce. Potem utrzymywaliśmy kontakt z jego córką Bronisławą, a wnuczka, wyprowadzając się z Opola-Grudzic, ofiarowała nam na pamiątkę jego dwa piękne, zabytkowe ule. Do dziś stoją w naszym ogrodzie – wspomina twórca.
Pan Norbert po latach sam zdobył tytuł mistrza gawędziarstwa na ogólnopolskim turnieju, regularnie zasiada też w jury „Śląskiego berania”.
Z kolei swoją przygodę z muzyką zaczął od gry na fujarce, potem zdobył akordeon. – To była tzw. cyja, instrument z lat 30. zeszłego wieku, który najpierw musiałem pokleić, pozatykać dziury. A potem doszły burczybas i diobelskie skrzypce – wspomina. 
Aby grać na tych dwóch instrumentach ludowych, rzeźbiarz sam sobie je wystrugał. A melodie same przychodzą.


    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół