• facebook
  • rss
  • Z nieba spadła śmierć

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 27/2015

    dodane 02.07.2015 00:00

    Historia. Stracili życie przez pomyłkę lotników, bo mieszkali blisko strategicznego obiektu.

    Margarete, Heinz i Jutta Pohl (lat 20, 3 i 9 miesięcy), Pelagia i Josef Gorywoda (lat 30 i 4 miesiące), Heinrich, Wera, Ilse i Walter Hovert (37, 7, 6 i 2 lata), Marta, Adelheid, Erna i Waltraut Koziołek (lat 35, 7, 4 i 7 miesięcy), Kathe i bliźniaki Hubert i Georg Willner (lat 40 i 2). Cywile, głównie kobiety, matki z dziećmi, dziadkowie, czasem całe rodziny – to ich nazwiska widnieją na pamiątkowej tablicy. Co najmniej 136 osób zginęło podczas amerykańskich bombardowań 7 lipca i 7 sierpnia 1944 roku. Kamienna tablica przywraca je ludzkiej pamięci.

    W cieniu wojny

    To nie był pierwszy alarm i nie pierwszy nalot. Stare Koźle i Brzeźce, wioski na prawym brzegu Odry, od Zakładów Azotowych dzieli jedynie wąski pas lasu, gdzie przed wojną, a nawet w jej trakcie mieszkańcy chadzali po jagody i grzyby.

    Wówczas nie były to „Azoty”, a zakłady chemiczne IG Farben. To tu w latach 40. ubiegłego wieku trwały prace nad przemysłową produkcją syntetycznego paliwa na potrzeby wojenne. W samej fabryce miejscowych pracowało niewielu, śląska ludność zatrudniana była co najwyżej na pobliskiej kolei. Do niedalekiego Blechhammer, filii obozu z Auschwitz, przywożono transporty z więźniami i pracownikami przymusowymi, materiały chemiczne i zaopatrzenie wojska.

    To właśnie IG Farben była celem nalotów amerykańskich lotników w 1944 roku. Niemiecka obrona przeciwlotnicza próbowała je osłonić przez sztuczne zadymienie. W efekcie część bomb zrzuconych przez aliantów zniszczyła w ogromnym stopniu sąsiednie Stare Koźle i Brzeźce.

    Uratował go chleb

    Maria Wurcel przeżyła oba naloty. Opowiada o wcześniejszych próbnych alarmach, podczas których należało się schować w bunkrach na Pogorzelcu lub w Koźlu, o buczącym odgłosie bombowców.

    – Kończyłam 9 lat. Pamiętam, że byliśmy wtedy w szkole, w środku wsi. Na dźwięk syreny wypuszczono nas ze szkoły, ale za późno, by dotrzeć do tamtych schronów. Mieszkaliśmy po drugiej stronie od ul. Gliwickiej. Stacjonujące blisko, na starym boisku, niemieckie wojsko rozstawiło beczki z jakimś środkiem i zamgławiało teren – wspomina.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół