• facebook
  • rss
  • Piąty diakon z misji

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:15

    Powołanie. Nie myślał o tym, żeby zostać wyświęconym na diakona stałego. Ale służył ubogim na misjach przez prawie 20 lat.

    Jako diakon będzie pełnił funkcje liturgiczne, nauczycielskie i charytatywne w Kościele. Patrząc na bogaty życiorys Rudolfa Wilczka, możemy stwierdzić, że dotychczasowe życie kandydata było służbą – diakonią podobną do służby diakonów pierwotnego Kościoła. Zaangażował się w dzieło misyjne Kościoła i gorliwość misyjna prowadziła go przez Indie, Boliwię, Papuę- -Nową Gwineę i wiele innych miejsc, w których wykazał się wielkim apostolskim zaangażowaniem i humanitarną postawą. Dzisiaj ta piękna posługa i służba zostanie uświęcona święceniami diakonatu – mówił bp Paweł Stobrawa 27 czerwca w kościele w Pietrowicach Wielkich podczas udzielania święceń diakonatu stałego tamtejszemu parafianinowi Rudolfowi Wilczkowi.

    Życiorys bogaty ubogimi

    Rudolf Wilczek ma 52 lata, pochodzi z Gamowa, wychował się w rodzinie rolniczej (rodzice – Anna i Adalbert), ma czterech braci. Skończył Zespół Szkół Mechanicznych w Raciborzu i zaczął pracować w SKR Pawłów, potem został wzięty do wojska (1982–83, stan wojenny). Wrócił do cywila, do pracy w SKR, i wtedy zaczęło w nim coś mocniej wewnętrznie „pracować”. Rozpoczął studia zaoczne na filii KUL w Opolu. Zaangażował się w Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata „Maitri”. W 1988 pojechał na kilka miesięcy do Indii, żeby jako wolontariusz pracować w umieralniach dla biedaków, którymi opiekowała się Matka Teresa z Kalkuty, i w Puri, wiosce trędowatych prowadzonej przez polskiego werbistę Mariana Żelazka (nominowanego w 2002 r. do Pokojowej Nagrody Nobla). – Zanim pojechałem do Indii, podjąłem decyzję, że chcę wstąpić do werbistów. Ale pobyt tam otworzył mi oczy na najbiedniejszych ludzi świata, na ogrom ludzkiej biedy, materialnej i duchowej. To było dla mnie wezwanie do służby ubogim – mówi Rudolf Wilczek. Po powrocie z Indii wstąpił do zgromadzenia. Po dwóch latach studiów pojechał na kolejne dwa lata na misyjną praktykę duszpasterską w Boliwii. Wprawdzie po powrocie wystąpił ze zgromadzenia werbistów, ale nie porzucał myśli o misjach, o ubogich. Skończył studia teologiczne i to – dzięki decyzji rektora – jako jedyny świecki studiujący razem z klerykami w seminarium w Pieniężnie. – Po studiach chciałem wrócić do Ameryki Południowej. Pociągało mnie to – mówi prosto, jakby wyjazd po studiach na misje był czymś zwyczajnym i naturalnym. Jednak nie poleciał do Ameryki, ale w przeciwną stronę globu.

    Enga – prawdziwy koniec świata

    – Mój kolega werbista o. Andrzej Soboń potrzebował w Papui-Nowej Gwinei kogoś, kto by się zajął młodzieżą. W jego parafii są kopalnie złota. Jak zaczęła się gorączka złota, to stanęło dosłownie wszystko: szkoły, nawet kościoły. Liczyło się tylko wydobycie. Po 15 latach ludzie zaczęli przychodzić po rozum do głowy, ale wyrosło nowe pokolenie, które nie umiało ani czytać, ani pisać. Trzeba było zająć się młodzieżą, przyuczyć ich do wykonywania nawet najprostszych zawodów. A ja jestem trochę taka złota rączka, więc kolega mnie zaprosił na dwa lata – opowiada Rudolf Wilczek. W 1997 r. poleciał na Papuę-Nową Gwineę jako misjonarz świecki. Wyjazd i pobyt wspierała prokura misyjna werbistów. – To był prawdziwy koniec świata, diecezja Enga, góry w Papui. Do 1975 roku żaden biały człowiek nie miał tam wstępu. Ludzie żyli jak w epoce kamienia łupanego, to był świat ludów pierwotnych. Było niebezpiecznie – opowiada Rudolf Wilczek o swojej pierwszej placówce misyjnej na Antypodach.

    Goroka i Madang

    Po trzech latach biskup, włoski werbista Francesco Sarego, zaproponował mu zarządzanie ośrodkiem rekolekcyjno-konferencyjnym w swojej diecezji Goroka. Rok później Rudolf poślubia w Goroka Victorię Pegte, Filipinkę. – Bardzo miło ten czas wspominamy, ale długo żeśmy tam nie zabawili, bo znalazł nas w Goroka prezydent Uniwersytetu Słowa Bożego w Madang. On nas sprowadził do siebie, bo potrzebował zaufanych ludzi do pracy – mówi R. Wilczek. Victoria jest psychologiem i położną, a oprócz prowadzenia wykładów pracowała także jako doradca psychologiczny dla studentów. Rudolf wykładał przedmioty teologiczne, był dyrektorem departamentu ds. studentów, a potem także dyrektorem finansowym uniwersytetu. W Madang w roku 2005 na świat przychodzi ich syn Karol.

    Do Polski

    – Byliśmy tam naprawdę szczęśliwi. Robiliśmy to, co chcieliśmy w życiu robić – mówi nowy opolski diakon. Ich dom był zawsze pełen międzynarodowych gości: misjonarzy, sióstr zakonnych, przyjaciół, studentów. Na zdjęciu widzę jak biskup Francesco Sarego (ten z poprzedniej misji) gra przy stoliku w szachy z Karolem. – Jak przyjeżdżał na uniwersytet, to najpierw wpadał do nas. To wspaniały, pełen prostoty człowiek. Był werbistą, ale przez 20 lat nie chciał być wyświęcony na księdza, był diakonem. Kiedy wybrali go na prowincjała, musiał przyjąć święcenia kapłańskie. No i niedługo po tych święceniach zrobili go biskupem! – mówi R. Wilczek. W takim żywym, spontanicznym, ubogim i radosnym środowisku kościelnym ich rodzina żyła przez 10 lat. Jednak w 2012 roku stanęli przed trudną decyzją. Syn miał rozpocząć edukację. – W Papui jest coraz niebezpieczniej, wśród młodych szerzy się wiele zagrożeń: narkotyki, przestępczość itd. Mieliśmy propozycje, żeby jechać do Australii, ale z powodu skrajnego liberalizmu obyczajowego, który tam panuje, nie chcieliśmy. Z kolei na Filipinach byłoby mi o wiele trudniej znaleźć pracę. Dlatego ze względu na Karola i jego przyszłość wybraliśmy Polskę, choć to nie była łatwa decyzja, zwłaszcza dla Victorii – opowiada świecki misjonarz. Zamieszkali najpierw w rodzinnym dla Rudolfa Gamowie, a rok temu – w Pietrowicach Wielkich. Rudolf prowadzi prywatną firmę, Victoria udziela lekcji angielskiego jako native speaker, Karol uczy się w szkole w Pietrowicach, jest także w grupie ministrantów. – Karol jest otwarty, nie miał problemów z adaptacją. Najtrudniejsze było dla niego to, że w Papui zostawił swoich kolegów – mówi pan Rudolf. – Tam mieliśmy sąsiadów z Australii, Fidżi, Indii i Kanady. To była międzynarodowa wspólnota. I w tym było piękno – dorzuca pani Victoria.

    Diakon i diakonat

    Decyzja o przyjęciu święceń diakonatu po ponad ćwierć wieku służby Kościołowi misyjnemu przyszła naturalnie. – Nigdy wcześniej nie myślałem o tym, żeby zostać diakonem stałym. Najpierw proboszcz z Gamowa ks. Edmund Pośpiech poprosił mnie, żebym został nadzwyczajnym szafarzem Komunii św. Zgodziłem się. A potem ksiądz proboszcz i werbista o. Henryk Kałuża zaproponowali, żebym został diakonem. No i znowu się zgodziłem – mówi nowy opolski diakon. Jak reagują ludzie na to, że ich sąsiad będzie pełnił przy ołtarzu liturgiczne funkcje diakona, być może przewodniczył pogrzebom, mówił kazania? – Nie wiem. Szczerze mówiąc, mnie to ani ziębi ani grzeje, co ludzie myślą. Ja robię to, co do mnie należy, a Pan Bóg ocenia. Muszę być w porządku jako diakon, w jedności z Panem Bogiem, z Chrystusem. To jest dla mnie najważniejsze. A że komuś się może nie podobać, że mam żonę i sprawuję funkcje liturgiczne? No sorry, ale taki jest Kościół – mówi diakon Rudolf Wilczek.

    Czternastu diakonów

    Obecnie w Polsce jest czternastu diakonów stałych Kościoła katolickiego: trzynastu – w obrządku łacińskim, jeden – rytu bizantyjskiego. Pięciu diakonów stałych ma diecezja opolska. Po trzech jest w archidiecezji warszawskiej i diecezji toruńskiej, a diecezja ełcka, pelplińska i archidiecezja katowicka mają po jednym diakonie. Diakon ma prawo głoszenia Słowa Bożego i nauczania, może udzielać chrztu, przechowywać i rozdawać Komunię św., asystować i błogosławić w imieniu Kościoła związki małżeńskie, przewodniczyć obrzędom żałobnym i pogrzebowym. Nie może odprawiać Mszy św. i słuchać spowiedzi. Święcenia diakonatu stałego są udzielane także mężczyznom żonatym.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół