• facebook
  • rss
  • Łowca Liberatorów

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 32/2015

    dodane 06.08.2015 00:00

    Historia. Na poddaszu trzyma szczątki dwóch amerykańskich myśliwców Airacobra, szturmowca Henschel Hs129, Petlakowa, Lisunowa spod Chrzelic i pilotowanej przez Rosjan amerykańskiej Dakoty.

    Ta katastrofa wydarzyła się 17 grudnia 1944 r., w trakcie w tzw. bitwy o benzynę, kiedy Amerykanie bombardowali zakłady IG Farben w Kędzierzynie. W drodze zaatakowały ich niemieckie myśliwce, prawdopodobnie z lotniska w Wierzbiu. Udało im się obronić, jednak przy powrocie do zwykłego szyku dwa samoloty zderzyły się. Wkrótce B24 Liberator, biała „47” runął na ziemię. Dotarłem do ludzi, którzy widzieli na żywo, jak jeden z tych samolotów spada, i byli na miejscu katastrofy – zaczyna opowieść Piotr Witek, pasjonat z Mańkowic, który od ponad dwudziestu lat zbiera szczątki wojennych samolotów. Próba odnalezienia po upływie 70 lat szczątków samolotu wydaje się szukaniem igły w stogu siana.

    Ziemia pachnąca benzyną

    – Rzeczywiście nie jest to proste, zwłaszcza że osoby, które mogły pokazać ewentualną lokalizację, przeważnie już nie żyją. Jednak trzeba sobie uzmysłowić, że na naszym terenie w czasie wojny spadło kilkaset maszyn. Ja znalazłem 24 i pracuję nad kolejną – przyznaje pasjonat. Jako właściciel firmy handlowej jeździ od lat po sklepach w regionie. Rozmawia wtedy z miejscowymi, rozpytuje starszych, zbieraczy złomu. Nie zawsze chcą coś powiedzieć obcemu, zdobycie zaufania wymaga czasu. Potem sprawa też nie jest prosta. Aby wejść na czyjś, zwykle prywatny teren, przeszukać z wykrywaczem metalu jakiś obszar, albo zacząć kopać, należy mieć zgodę właściciela i odpowiednich służb. – Trzeba uzyskać zezwolenia, a potem złożyć raport dotyczący znalezionych rzeczy. Jeśli jest to pole lub łąka, zwykle czeka się do zbiorów czy orki, jeśli nieużytki – najłatwiej zobaczyć coś wiosną. Sytuacja mocno się komplikuje, jeśli przy kopaniu trafi się na stanowisko archeologiczne – tłumaczy Piotr Witek. Wiele części samolotów udało mu się znaleźć nie w lasach, ale na złomowiskach, w wiejskich stodołach czy na strychach. Po wojnie bowiem ludzie wykorzystywali wszelkie materiały, a znaleziony kawałek duraluminium ze statecznika świetnie nadawał się np. na uszczelki. Do końca 1944 roku Niemcy starali się także dokładnie zbierać wszystkie wraki samolotów, by wykorzystywać powtórnie cenny materiał.

    30 mkw. przeszłości

    Wchodząc po stromych drewnianych schodkach na poddasze, gdzie znajduje się Izba Pamiątek Lotniczych i Militarnych, wkracza się w inną epokę. Błękitne skosy sufitu, przypominające barwą pogodne niebo, niemal oklejone są aluminiowymi blaszkami. Wśród nich są też kable, fragmenty urządzeń pokładowych i wskaźników. Pod belkami wiszą elementy uzbrojenia maszyn, butle tlenowe, łuski po nabojach i pociskach, nie tylko z lat II wojny. Najstarsze sięgają czasów napoleońskich. Na podłodze skrzywione śmigło, trójwarstwowa guma ze zbiornika na paliwo, koło, fragmenty silnika, skrzydeł i kadłubów ze skorodowanego już aluminium, łopaty śmigła liberatora, znalezionego koło autostrady A4, i podobne z Douglasa Bostona, zdobyte od złomiarzy. Są też oryginalne stroje pilotów i drobiazgi, jak obrączka, guziki, medaliki czy zapalniczka. Pomiędzy tym zdjęcia, mapy, opisy i obrazujące wygląd samolotów modele, sklejane własnoręcznie przez ojca pana Piotra, Mariana Witka. Całości dopełnia półka z hełmami, menażkami i kanistrami, gablota z archiwalnymi dokumentami, orzełkami polskimi i starymi banknotami. I najcenniejsze – tabliczki, po których można zidentyfikować maszynę. Gospodarz żywo opowiada o historii znalezisk, wskazując je wiekową szablą. – Jako dziecko nie wierzyłem, że tu mógł spaść jakiś samolot. Dziś wiem, że jest ich tutaj co najmniej kilkaset. Moja pasja zrodziła się na początku lat 90. ubiegłego wieku, gdy jako młody chłopak zacząłem szukać wraków, dowiadywać się od dziadka, znajomych o miejscach katastrof. Do dziś to odskocznia od zwykłego życia, coś, co daje masę energii – przyznaje Piotr Witek. O tym, jakie historyczne skarby skrywa to poddasze, nie wiedzą często nawet okoliczni mieszkańcy. Świetnie zorientowani są za to pasjonaci z Polski, Czech czy Niemiec, wymieniający się na forach internetowych informacjami o wrakach. Goszczą tu Niemcy, byli także Amerykanie poszukujący zaginionych załóg. Zbiory mają głównie wartość historyczno-sentymentalną, większość nie jest zabytkiem. Nie stwarzają też zagrożenia, choć gospodarz wspomina wizytę policjantów, zaalarmowanych tym, że przechowuje jakieś materiały wybuchowe.

    Domknięte historie

    Spośród 24 samolotów, których elementy można oglądać w Izbie, historia ośmiu jest niemal w całości wyjaśniona. Przy reszcie jest jeszcze sporo znaków zapytania. – Tak było z Messerschmittem Bf 109 G-14. To pierwszy samolot, który mam na zdjęciach w miejscu, gdzie się rozbił. Kilka lat temu znajomy znalazł tam dwie aluminiowe klapki i zadzwonił do mnie. Pojechałem, ale nie znaleźliśmy już nic więcej. Rozpoznałem, że to klapki z messerschmitta i tyle. Jakiś czas później dotarłem do mapy z tym właśnie obszarem, a potem do archiwalnego zdjęcia, na którym widać wrak, a w tle pobliski lasek. Jestem pewien, że znalezione klapki pochodzą z tej maszyny, bo widoczny na nich kamuflaż pasuje do numeru samolotu – relacjonuje kolekcjoner.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół