• facebook
  • rss
  • Dwie góry do szkoły

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 36/2015

    dodane 03.09.2015 00:00

    Edukacja. Pół tysiąca mieszkańców Burkina Faso uczy się dzięki przyjaciołom misji franciszkańskiej w Korsimoro.

    Onagla Mamounata, Alexis Ouedraogo, Fatao Ouissogonoma. Niełatwo przeczytać? – Wystarczy mi, że usłyszę nazwisko, a już wiem, skąd są, z jakiej wioski czy regionu – mówi o. Rafał Segieth, franciszkanin, od niemal 35 lat pracujący w Afryce. Od 12 lat jest szefem misji franciszkańskiej w Burkina Faso, w mieście Korsimoro. To jeden z 10 najbiedniejszych krajów świata. Średnia długość życia – poniżej 50 lat. Analfabetyzm w niektórych regionach wynosi 70 procent. Onagla, Alexis i Fatao to troje z 424 uczniów, których nauka finansowana jest dzięki – prowadzonemu od 10 lat przez Ośrodek Pomocy Misjom Franciszkańskim na Górze Świętej Anny – programowi pomocy edukacyjnej.

    Głód wypędza szczura z nory

    Lekcje rozpoczynają się o godz. 7 rano. Do szkoły dzieci muszą iść czasem po kilka kilometrów. W południe na naukę robi się za gorąco. Burkina Faso to strefa Sahelu, podsaharyjska, półpustynna. O trzeciej po południu druga tura lekcji.

    – Ale oni do domu nie wracają, bo po co? I tak nie ma tam jedzenia dla nich – opowiada o. Rafał. Dzień szkolny kończy się o piątej. – Kiedy dzieci wrócą do domu, jest już noc, ciemno. Często widzę, jak potem leżą na klepisku, na podwórkach domostw i uczą się przy jakimś światełku, płomyczku – mówi franciszkanin. Ale to i tak są szczęśliwcy. Bo do szkoły idą tylko dzieci wybrane przez rodziców, najzdolniejsze. Reszta pozostaje w domu i pomaga mamie lub tacie w polu i przy zwierzętach. – Idą na cały dzień w busz je wypasać. Biorą buteleczkę wody i to wszystko – mówi o. Segieth. Dzieci, które mogą się uczyć, są uprzywilejowane i często bardzo zdeterminowane. Muszą same zapracować na ubranie i osobiste potrzeby. Ojciec Rafał opowiada o chłopcu, który codziennie w 8-kilometrowej drodze do szkoły pokonywał dwa pasma górskie. – Chciał zostać księdzem i został, mimo że ojciec bardzo się sprzeciwiał. W dzień prymicji tato poszedł się powiesić, ale rodzina go uratowała – opowiada misjonarz. W ostatnich latach chęć do nauki podkopywała gorączka złota, która opanowała Burkina Faso. W prymitywnych biedaszybach, sięgających dziesiątki metrów w głąb ziemi, ginęli dorośli i dzieci. Ale niektórym udało się znaleźć samorodki złota i szybko się wzbogacili. – Dzieci to widziały, rzucały szkołę. Od dwóch lat ze złotem jest trudniej. Bo teraz jest ono już 100 metrów pod ziemią, a kopiący dochodzą do 70 metrów. Więc nie jest to już tak opłacalne, a ryzyko coraz większe – relacjonuje o. Segieth.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół