Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Jakaś panika w ludziach

– Tu nie ma mocnych, raz płaczą jedni, potem drudzy, ale nawzajem się pocieszają. Jest wielka solidarność – mówi s. Urszula Brzonkalik FMM.

Aleppo, największe starożytne miasto w Syrii, a jednocześnie nowoczesna 8-milionowa, przemysłowa metropolia. Tak było przed wojną domową, cztery i pół roku temu. – Szacuje się, że teraz zostało ok. 3 milionów mieszkańców. To, co wy oglądacie jako finał w Europie, my oglądamy jako początek. Ludzie uciekają stąd na wszelkie sposoby. Zostali klasa średnia, która nie ma gdzie uciec, i biedni, którzy nie mają za co uciec – relacjonuje s. Urszula Brzonkalik, polska franciszkanka misjonarka Maryi. Od 18 lat żyje na Bliskim Wschodzie – wcześniej w Egipcie i Libanie. A od lutego w Aleppo – mieście określanym mianem Sarajewa XXI wieku.

Trzy strefy

Miasto podzielone jest na trzy strefy – kontrolowane przez armię rządową, rebeliantów Wolnej Armii Syryjskiej i Front al-Nusra (syryjska Al-Kaida). Granica między nimi wyznaczana jest przez barykady i zapory.

– Na liniach granicznych ciągle słychać strzały. Zasypiamy i budzimy się z odgłosem wystrzałów. Te granice zmieniają się z dnia na dzień, z godziny na godzinę. W czerwcu linia walk przebiegała ok. 200 metrów od naszego domu – mówi misjonarka. Klasztor sióstr franciszkanek w Aleppo leży w strefie kontrolowanej przez rząd. – Jest stosunkowo spokojnie, ale gdy się wjeżdża do miasta, jest jedna wielka ruina. Jesteśmy w centrum, jednak kiedy klasztor był budowany 100 lat temu – to były obrzeża. Ponieważ wtedy nie dochodziły tu wodociągi, wybudowano dwie studnie i teraz okazało się to wielkim błogosławieństwem – opowiada siostra. Od dwóch miesięcy bowiem w Aleppo nie ma wody, islamiści odcięli jej dostawy do stref, nad którymi nie mają władzy. Upały sięgają 40–45 stopni. Ludzie stoją w ogromnych kolejkach do cystern z wodą. – Nie można prać, nie można się wykąpać. Myślę, że 4 lata wojny tak nie zniechęciły ludzi jak te dwa miesiące. Bez wody nie da się żyć – mówi s. Urszula, absolwentka chemii na Uniwersytecie Opolskim. Mimo trwającej wojny i faktycznego oblężenia poszczególnych dzielnic ludzie starają się przetrwać. Chodzą do pracy (o ile praca jest), choć wiąże się to z zagrożeniem życia. – Wychodzi się z domu i nie wiadomo, czy się wróci. Ale nie ma wyjścia: musisz wyjść, żeby przeżyć, ale wychodząc, narażasz życie… – opowiada siostra.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy