• facebook
  • rss
  • Gehenna i punkty Opatrzności

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 39/2015

    dodane 24.09.2015 00:00

    Ludzkie losy. Trudno uwierzyć w to, co przeszedł jako dziecko.

    A tak ogólnie to panu powiem, że później mnie coś szczęśliwie prowadziło przez całe życie. Tak, jestem prowadzony. Nie mogę narzekać, bo po tych cierpieniach i po tym wszystkim... Opatrzność nade mną czuwa – mówi Grzegorz Tomaszewski i przerywa, hamuje łzy. Ma 77 lat, choć według papierów mógłby twierdzić, że o rok mniej. W czasie półtoragodzinnej rozmowy pięć razy musi przerwać swoje opowiadanie. Nie potrafi albo nie chce wydobywać dalszych słów. Te przystanki zdarzają się po słowach: wagony, mama, pani Apolonia, Opatrzność. Nie siada przy stole. – Bo jak usiądę, kiedy to wszystko zaczyna się przypominać, to wpadam w taki dół, w depresję. Postoję – tłumaczy.

    Mnóstwo nagich ciał

    Grzegorz Tomaszewski prowadzi mnie przez swoje życie, punktując miejsca, w których po latach widzi działanie Opatrzności. Nawet ładnie to brzmi w katolickim tygodniku. Jednak gdyby zebrać nieszczęścia, które na niego spadały, kiedy miał pięć, sześć, siedem lat, gdyby spróbować oszacować te cierpienia, jakie przechodził? Nie wiem, czy jestem w stanie je sobie realnie wyobrazić, uprzytomnić. – On na nóżkach nie mógł stać, dlatego dożywiałyśmy go, żeby Mengele nie zabrał go do gazu – to relacja pani Apolonii, która jako więźniarka pracowała w obozowym szpitalu. Tej Apolonii, przy której imieniu pan Grzegorz wzrusza się po ponad 70 latach. Sprawa staje się jaśniejsza: Mengele, KL Auschwitz-Birkenau. Grzegorz Tomaszewski trafił do Birkenau nocą 9 września 1943 roku jako pięcioletnie dziecko.

    Pokazuje swoją obozową kartę ewidencyjną z numerem 149 894 podpisaną przez doktora Mengele. Na plecach ma blizny po zabiegach w obozowym szpitalu. Pamięta, że nakładano mu też ciągle maść na oczy. Dzisiaj na jedno oko nie widzi, w drugim siatkówka „trzyma się na silikonie” jak mówi. Do niesławnego szpitala trafił, kiedy po śmierci matki zachorował na zapalenie płuc. Mama zmarła po 3 miesiącach wyczerpującej pracy w obozie. – Na oczach rodziny [w obozie była jeszcze babcia i siostrzyczka – przyp. A.K.] upadła na ziemię, potem zabrano ją. Na drugi dzień w goryczy, bólu i żalu zacząłem jej szukać. Za barakami była szopa, otworzyłem jej wrota, widok mnie przeraził. Było mnóstwo nagich ciał, które leżały pod sam sufit – relacjonuje Grzegorz Tomaszewski. Ile musiało się wydarzyć w duszy dziecka, skoro tak opisuje pewną scenę, która zdarzyła się mniej więcej rok później? – Pod koniec wojny trochę opiekował się mną palacz z krematorium. Nie uwierzy pan: on mnie zabrał do krematorium, żeby ogrzać trochę, bo zimno było. Trupy normalnie leżały przy piecu jak węgiel. On podchodził, miał takie wielkie szczypce, ciągnął ciała na wózek, do pieca. To była jego robota. A na mnie to już nie działało – wspomina.

    Tylu ludzi mnie zapamiętało

    Trudno opisać okropieństwa, jakie przeżył w obozie mały Grisza. Tak, bo Grzegorz Tomaszewski, kiedy trafił do obozu, nazywał się Grisza Żukow. Był synem Polki i Białorusina z Latigowa. Ojciec był partyzantem, rodzinę Niemcy wywieźli do obozu. Po wojnie chłopiec został ochrzczony w kościele w Górkach Wielkich k. Skoczowa, nadano mu polskie imię i nazwisko. Był rudy, piegowaty, miał zielone oczy i był bardzo ruchliwy, żywy. – Był wesołkiem i wielkim psotnikiem – opisuje go w swojej relacji na temat opieki nad sierotami poobozowymi dr Helena Bunsch-Konopka. – Ja myślałem, że nikt nic o mnie nie wie. I zdziwiłem się, że po tylu latach ludzie mnie pamiętają – mówi Grzegorz Tomaszewski. Bo wspomnienia o małym, wybiedzonym Griszy odnalezione zostały w Muzeum Auschwitz-Birkenau w relacjach więźniarki Apolonii. Wspomina go także inna więźniarka – Anna Durkacz, warszawianka, która wzięła malca pod opiekę, dożywiała, myła, iskała wszy z jego główki. Nazywał ją ciocią Anią. – Po powstaniu warszawskim paczki żywnościowe przestały przychodzić. Ale i wtedy nie zaprzestał codziennych wizyt na naszym trzecim piętrze pryczy. Tylko że już nie prosił o jedzenie. Gdy pytałam, czy jest głodny, odpowiadał: „Nie, ciociu, bo ty nie masz paczek” – opisuje Anna Durkacz. A był głodny.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół