• facebook
  • rss
  • Obudził mnie Thomas Merton

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 46/2015

    dodane 12.11.2015 11:25

    Ludzie. Chciałbym, żeby Czytelnik czuł się kochany przez moje wiersze – mówi Dobromir Kożuch, poeta z Opola.

    Stoimy na chodniku przy kościele franciszkanów, zdjęcie zrobione, rozmowa niby zakończona, a poeta Dobromir Kożuch zastanawia się, o czym będzie tekst, który o nim napiszę. Ja też się zastanawiam. Poeta zauważa, że w kościele to jeszcze łatwo na głos powiedzieć, że się wierzy w Jezusa Chrystusa, ale w innym środowisku? Od razu tracisz twarz. – Ale w sumie czasem, jak patrzę w oczy, w których straciłem twarz, to wolę ją stracić, niż mieć takie oczy, smutne, sfrustrowane – mówi. Jednak prosi, żeby nie uważać, że jest „kościółkowy”, że nie ma żadnych pytań, wątpliwości, a Jezus mu na wszystko odpowiada. Obawia się, żeby nie wyszło, że jest kościelnym poetą, albo robi z siebie świętego. Bo nie jest.

    Jack Daniel’s i Jesus Christ

    Sam się zdecydowałem, żeby pisać o poecie, więc teraz muszę swoje odcierpieć – za prawie każdym napisanym słowem pojawia się zastrzeżenie. Że to nie całkiem tak. Trochę jak z koszulką Kożucha – czarną i na pierwszy rzut oka z charakterystycznym logo whisky „Jack Daniel’s”.

    Tylko, że na T-shircie poety nie stoi „Jack Daniel’s” ale „Jesus Christ”. Poeta jednak od whisky się nie odżegnuje. – Tylko że Jezus Chrystus to woda żywa. I kaca po tej wodzie nie ma – mówi. Tu zauważyć należy, że wie o czym mówi, a świadkiem jest inny poeta z Opola, przyjaciel, Jacek Podsiadło. Ich przyjaźń trwa już 28 lat. – To sobie cenię najbardziej, że choć z Jackiem różni nas prawie wszystko: pogląd na świat, religię, temperament, w pełni akceptujemy siebie i przyjaźnimy się. Jacek to jeden z najwybitniejszych polskich poetów. Zawsze potrafi powiedzieć to, co myśli, bez względu na konsekwencje. Nigdy nie miał postawy służalczej. Tylko tego mu zazdroszczę, a nie nagród, które otrzymuje. On sobie na nie zapracował – odpowiada Dobromir Kożuch na pytanie, czy zazdrości przyjacielowi nagród. Parę dni temu w doborowym gronie poetyckim: Podsiadło, Różycki, Śliwka, Kożuch, przy ognisku na działce, świętowali nagrodę im. Wisławy Szymborskiej, którą Podsiadło właśnie otrzymał.

    Od Wojaczka do wnuczki Basi

    Trzydzieści lat temu Dobromir Kożuch opublikował swój pierwszy wiersz. Więc poeta-jubilat. – Połowa lat osiemdziesiątych w PRL-u – to była tak nieznośna rzeczywistość dla mnie, osoby wówczas zbuntowanej, niepokornej, że próbowałem się odnaleźć w innej. Mieszkałem w Kluczborku, gdzie nie było wielu możliwości i sztuka była drzwiami, przez które mogłem uciec od tego miejsca szarego, nieznośnego – wspomina. Spotkał wybitnego krytyka Artura Sandauera, pociągali go poeci wyklęci, buntownicy. Fascynacje literackie jakby próbował zamieniać we własne życie. Edward Stachura i „Siekierezada” – więc Dobromir Kożuch spróbował pracy przy wyrębie lasu. Czytał Himilsbacha – pracował też jako kamieniarz. Wreszcie: Rafał Wojaczek, który zrobił na nim największe wrażenie. Na szczęście Kożuch nie poszedł w samobójcze ślady Wojaczka, ale dzięki jego recenzji trafił na Stanisława Chacińskiego, reportażystę i poetę z Opola. „Chata” Chaciński dostrzegł w młodym człowieku z Kluczborka talent, wprowadził go do Klubu Związków Twórczych i do stolika w legendarnym (dziś już nieistniejącym) lokalu KZT przy opolskim rynku.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół