• facebook
  • rss
  • Dostałam ją

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 07/2016

    dodane 11.02.2016 00:00

    Miłość. Wiele razy wydawało się, że już koniec. Mówiłam: „Panie Boże, dałeś mi ją, nie zabieraj”.

    Sylwia Werner odpowiada na pytanie, kiedy są najmilsze chwile. – Ania jest taka fajna, jak ją przebieram. Wezmę ją na kolana, ona potrafi siedzieć, tulić się, głaskać. Ale najbardziej lubi siedzieć u Justyny na kolanach, bo ona jej śpiewa do uszka. Jak kładzie się spać, mówię: „daj buzi”, ona nastawia buźkę. A nieraz sama zawoła, żeby ją pocałować w łóżku, odkrywa kocyk, którym zasłania oczy, i chce buzi – opowiada.

    Ania uwielbia też kąpiele, spacery, przejażdżki. Najlepiej z muzyką. Kiedy w łazience gra radio, to w wannie tańczy, pluska się, trzeba dolewać ciepłej wody, bo nie chce wyjść z tej muzycznej kąpieli. To samo ze spacerami. – Gdy mijamy stawek we wsi i skręcamy do domu, to wszyscy słyszą, że Ania wraca – opowiada mama. Bo Ania sprzeciw wyraża krzykiem, jękiem, rodzajem zawodzenia. Pani Sylwia mówi prosto: – Masakra, od stawu taki wrzask, że koniec.

    Nie chcieli mi jej dać

    Ania urodziła się z przepukliną mózgowo-rdzeniową. Nie potrafi mówić, nie chodzi, porusza się wożona na wózku. Prawie cały czas bawi się palcami lewej ręki, przygląda się ich wygięciom i splotom, które z fantazją nieustannie tworzy. Chleb je sama, resztę podają jej łyżeczką. Pije z butelki ze smoczkiem. Od 10. roku życia musi być cewnikowana, czego nauczyła się najpierw mama, a potem siostry Ani – Justyna i Kasia. Wykonują te zabiegi, przebierają, kąpią, karmią, tulą, całują, wożą.

    – Nie chcieli mi jej dać ze szpitala: bo sobie nie dam rady, bo się załamię, bo to, bo tamto. Już załatwiali papiery do zakładu opiekuńczego. Ale nie słuchaliśmy. Mąż też nie chciał jej oddać. Powiedziałam: nie ma szans, żeby ją oddać. Jak tu żyć bez swojego dziecka? Nie wiedziałam, że się taka urodzi, w czasie ciąży nie miałam USG. Po porodzie lekarze nie dawali szans na przeżycie. Właściwie rodzina już wybierała jej miejsce pochówku – w grobie koło matki mojego męża. Ale potem jedna operacja, druga. Ania dalej żyła i wszyscy byli zdziwieni. Mówili: przeżyje trzy lata, potem do pięciu, siedmiu, czternastu… – opowiada mama. Ania we wrześniu skończy dwadzieścia cztery.

    O tym, co nastąpić musi

    – Kiedyś rozmawialiśmy z Marcinem, co to będzie, jak kiedyś to się stanie, bo mimo rehabilitacji przecież zanik mięśni postępuje od nóżek. No i on umarł, a Ania żyje – opowiada Sylwia Werner. Marcin, jej drugi mąż, zmarł nagle niecałe cztery lata temu w sile wieku, znaleziono go martwego w kabinie koparki, którą miał pojechać na usługę do klienta. – Jak tato zmarł, to przez trzy miesiące była tragedia. Po prostu wyczuła. Ale z tym też daliśmy sobie radę – opowiada pani Sylwia. Ania wydaje jęk.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół