• facebook
  • rss
  • Szefuje nam Opatrzność

    dodane 11.02.2016 00:00

    Rozmowa z Arturem Wilpertem, pracownikiem opolskiej Caritas, koordynatorem wielu jej projektów, który w styczniu otrzymał złoty medal „In Caritate Servire” („Służyć w miłości”).

    Karina Grytz-Jurkowska: U progu Wielkiego Postu, zwłaszcza w Roku Miłosierdzia, uczynki miłosierdzia kojarzą się z caritas – miłością ofiarną, ale też z Caritas jako instytucją...

    Artur Wilpert: Wiele osób ma dobre chęci, ale też szuka mądrej drogi pomagania i sprawdzonych partnerów. Benedykt XVI wskazał, że zadaniem Kościoła są trzy rzeczy: głosić słowo Boże, sprawować sakramenty i czynić miłość miłosierną. Caritas ma być płaszczyzną, przez którą każdy będzie mógł tę miłość miłosierną realizować. Wiele naszych projektów nie wymaga wysiłku. Wystarczy wrzucić coś do skarbonki wielkopostnej, kupić wigilijną świecę, dołożyć do zbiórki żywności czy przekazać 1% podatku. A z tego możemy realizować jakieś dzieło.

    Ksiądz Arnold Drechsler, świętując 25. rocznicę nominacji na dyrektora opolskiej Caritas, podkreślał, że tak długa i owocna praca na tym stanowisku była możliwa dzięki dobrym współpracownikom – nie było nadużyć czy skandali, ale zaufanie.

    Ludzkie problemy, wydarzenia bywają nieprzewidywalne, a my musimy reagować, ciągle się uczyć. Same formy pomocy ewoluują. Dzięki kontaktom z Niemcami mieliśmy od początku dobre wzorce – opieka pielęgniarska jest tego efektem. To wymagało od nas dopasowania się, stworzenia sieci biur rejonowych i stacji opieki, czego nie ma w innych diecezjach. Zawsze mieliśmy też dobre podpowiedzi i wsparcie opolskich biskupów. Abp. Alfons Nossol powtarzał, że współczuć czy modlić się za potrzebujących – to za mało, trzeba jeszcze zrobić wszystko, by im pomóc. I to staramy się robić, walcząc z różnymi trendami, systemami, przepisami. Celem zawsze ma być ulga potrzebującemu człowiekowi.

    Przez te lata byłeś przy wdrażaniu niemal wszystkich dzieł, podejmowałeś pionierskie działania.

    Jesteśmy instytucją, w której najwięcej do powiedzenia miała Opatrzność Boża. Ks. Drechsler mawiał nieraz „Jeszcze nie wiemy, jak to zrobimy, ale zróbmy to mądrze”, choć sytuacja nie wyglądała dobrze. Trzeba było uwierzyć, że to dzieło Boże. I ta Opatrzność Boża tak nam szefuje. Zawsze też mogliśmy liczyć na świetnych ludzi, którzy nam sprzyjali albo nie przeszkadzali, na samorządowców. Dzięki temu udają się i trwają kolejne dzieła. Te placówki, centrum rehabilitacji dla dzieci, stacje opieki czy hospicjum były odpowiedzią na konkretne potrzeby. Na przykład siołkowickie hospicjum, wspierane przez domową opiekę paliatywną, jest dziś mocnym ogniwem opieki terminalnej w województwie. To trudne zadanie, ale warto otaczać umierających opieką, ulżyć w bólu. I pokazywać godność człowieka od początku życia do jego ostatniego tchnienia. To szkoła dla całego społeczeństwa, jak postępować. Tego nie znajdziemy w reklamie, na ekranie. A od starości, chorób czy śmierci nie uciekniemy.

    Jak trafiłeś do tej pracy, która przecież niezbyt koreluje z Twoim wykształceniem?

    Zostałem do niej zaproszony jako młody człowiek i bardzo to cenię do dziś. Moje techniczne wykształcenie musiałem zamienić na technikę caritasową (śmiech). Ogrom zadań widzieliśmy już po kilku dniach. To był Boży chaos, bez ram czasowych. Bywałem kierowcą, magazynierem, zależnie od potrzeby... Ważna była elastyczność, bo ludzkiej biedy nie da się skatalogować. Dostawaliśmy określony problem i trzeba było znaleźć środki i metody, by mu zaradzić. Najbardziej nietypowo było w pierwszych latach. Wielkim wyzwaniem była powódź w 1997 roku. Szybko podpatrzyliśmy na Zachodzie, że najlepiej sprawdzają się zestawy dla powodzian z żywnością i chemią. Ale trzeba było wolontariuszy, by to popakować.

    Po 24 latach pracy nie siedzisz za biurkiem, jesteś nadal w terenie.

    Biurko jest ważne, musi być, żeby dokumentacja była w porządku. Zza niego można też świetnie koordynować różne akcje. Ale konieczne jest ciągłe wychodzenie do ludzi – potrzebujących i chętnych do pomocy. Dzięki Panu Bogu, ta praca nigdy nie sprawiła, że stałem się „letni”, nie zobojętniałem. Staram się być „racjonalnie emocjonalny”. Trzeba emocji, by zachować entuzjazm, ale też rozsądku, by działać mądrze. Skrzydeł dodaje ofiarność ludzi tej ziemi, która zawsze jest wielka podczas różnych akcji, klęsk. Oni rozumieją co znaczy caritas – i miłosierdzie okazują czynem.

    To praca wymagająca, obciążająca psychicznie...

    Problemy zawsze są, ale nie  można się na nich skupiać. Bywają mocne wspomnienia, epizody. Pamiętam pana w hospicjum, któremu wolontariuszki czytały gazety. Gdy było z nim już źle, słyszałem, jak pielęgniarka powiedziała: „Czytajcie dalej, bo nawet, gdy zdaje się nam, że nie słyszy, nie rozumie, to czuje”. I czytaliśmy, aż zmarł. Albo taki świetny bezdomny Rysiek, z którym dobrze się rozumieliśmy. Gdy nie przyszedł na naszą misję garażową, zawiozłem mu na pustostan to, co obiecałem dwa dni wcześniej, a on już nie żył. Zamówiłem za niego Mszę św., tak prywatnie. Tylko to mogłem mu dać. Takie sytuacje zapadają w serce. Ale idziemy do przodu. Silniejsi.

    Caritas, jedna z pierwszych organizacji charytatywnych, dziś jest jedną z wielu...

    I bardzo dobrze. Nigdy nie mieliśmy i nie chcieliśmy mieć monopolu na czynienie dobra. Można wspierać przez Caritas i przez różne fundacje bezdomnego człowieka i psiaki w schronisku. Nas powinno wyróżniać to, że w każdym cierpiącym człowieku – chorym, biednym czy uchodźcy mamy widzieć bezdyskusyjną godność. Także w tym trudnym, który „sam sobie jest winien”, i nie chce sobie dać pomóc. To niełatwe, ale nie można oceniać. Ważne, żeby dobrze pomagać...

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół