• facebook
  • rss
  • Św. Jacek mi pomaga

    dodane 25.02.2016 00:00

    Z Elżbietą Wiater, teologiem, historykiem, autorką biografii św. Jacka Odrowąża „Wierny Pies Pański”, rozmawia Andrzej Kerner

    Andrzej Kerner: Kto sprawił, że zajęła się Pani św. Jackiem?

    Elżbieta Wiater: Jak to kto? Święty Jacek! I dwie znajome ze Śląska, które mnie do niego wysłały, kiedy miałam problemy z kupnem mieszkania. Groziła mi utrata dużej części kwoty przeznaczonej na ten zakup, ze strasznym zamętem w głowie poszłam się pomodlić przy jego grobie i ledwo odmówiłam „Pod Twoją obronę” i wezwanie „Święty Jacku, módl się za nami!”, zamęt zniknął. Zamiast tego poczułam olbrzymi spokój i pewność, że będzie dobrze. I jest dobrze pomimo jeszcze kilku zakrętów na drodze do sfinalizowana umowy – mieszkam pod tym adresem od kilkunastu lat i jest to wspaniałe miejsce, mam też świetnych sąsiadów. Potem wiele razy święty mi pomagał i prowadził. Po pewnym czasie zrodził się w mojej głowie pomysł na napisanie biografii św. Jacka, rozeznałam, że nie będzie miał nic przeciwko i tak powstała ta książka.

    Czy wierzy Pani w cuda przypisywane Jackowi? Wskrzeszanie zmarłych?

    Tak, wierzę. Nie mam wątpliwości, że w jego hagiografiach (szczególnie tych z XVI w., czyli z czasu blisko jego kanonizacji) zostały nieco literacko „podrasowane”, ale w same fakty nie wątpię. Współcześnie na spotkaniach modlitewnych, i nie tylko, dochodzi do uzdrowień, nawet ludzi stojących nad grobem, czemu św. Jacek nie miałby być w stanie wymodlić tego samego kilkaset lat temu?

    A co z opisanym przywróceniem życia padłej jałówce, która ożyła pod nożem rzeźnika?

    Człowieka chyba trudniej wskrzesić – tak mi się wydaje, ale nie mam praktyki w tym zakresie. Zresztą w przypadku tego cudu istotny jest nie tyle gatunek wskrzeszonej istoty, co jej znaczenie dla proszącej. To są lata niewiele po drugim najeździe tatarskim, miasto i jego okolice dopiero się podnoszą ze zniszczeń, bo Mongołowie byli mistrzami dewastacji. Dla tej służącej otrzymana od gospodyni krowa to był skarb, dawała jej odrobinę materialnej niezależności, a co za tym idzie – podnosiła poczucie własnej wartości. Była szansą na własne utrzymanie; służąca mogła sprzedawać mleko, masło, może kiedyś też cielęta i jakoś wybić się na samodzielność. Dla nas to może brzmieć śmiesznie, ale jak ta krowa zdechła, to jej właścicielce świat się zawalił. Przepadły wszystkie nadzieje. Jacek dobrze to rozumiał, chociaż wtedy był już w wieczności. A że musiała prosić dwa razy? Może z jego strony to było pouczenie, żeby bardziej ufała Panu Bogu niż temu, że ma jałówkę? Ale to tylko moje domysły.

    Teraz tak wielkich „wyczynów” świętego z Kamienia nie notujemy. Dlaczego zamiast do naszego „mocnego” Jacka częściej zwracamy się o wstawiennictwo do św. Charbela, św. o. Pio czy św. Rity?

    Mam wrażenie, że istnieje coś takiego jak „moda” na świętych. Często jest ona ściśle związana z tym, że dany kult jest promowany. Do tego, żeby dany święty mógł działać, najpierw ludzie muszą się dowiedzieć, że mogą go prosić o wstawiennictwo. Promocja kultu św. Jacka została zaniedbana (na szczęście nie wszędzie) i chociaż nadal jest skutecznym wstawiennikiem, mało kto wie, że może go prosić o pomoc. Druga kwestia to sposób jego działania. Nie ma co liczyć na to, że skończy się na spełnieniu naszej prośby – Jacek to rasowy „pies Pański” (Domini canis) i przede wszystkim ma na celu doprowadzenie „delikwenta” do świętości.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół