• facebook
  • rss
  • Jeszcze krok

    Anna Kwaśnicka

    |

    Gość Opolski 24/2016

    dodane 09.06.2016 00:00

    Dosłownie promieniował szczęściem. To nie frazes i słowa na wyrost. On szczęście miał wymalowane na twarzy.

    Edward Schiwek przyznaje wprost, że nie jest typem wędrowca. Nim ruszył pieszo do Santiago de Compostela, do grobu św. Jakuba, nie był na żadnej pielgrzymce czy pieszej wyprawie. Uprawianie sportów też go nie pociągało. Więcej! Nie interesowało go podróżowanie, bo najlepiej czuł się we własnym domu wśród bliskich. Jeśli już musiał ruszyć w podroż, to skrupulatnie ją planował. Dlatego sam się dziwi, że obudziła się w nim myśl o camino, która z czasem stała się myślą wręcz maniakalną, bo wciąż i wciąż do niego powracającą.

    Kamieniarz w drodze

    Urodził się prawie 50 lat temu w Chróścicach, wychował się w Kolonii Popielowskiej, a w 1988 roku wyjechał z żoną i córką do Niemiec. Tam żyje, choć czuje się Ślązakiem i – jak przyznaje – jego serce nadal bije dla Śląska. Prowadzi biuro planowania robót kamieniarskich. Do Santiago de Compostela ruszył w maju 2013 r.

    A pierwsze wątpliwości, czy raczej wielki cykor, dopadły go tuż po wyjściu z domu, kiedy szedł na dworzec w swojej miejscowości. „Czyś ty kompletnie zbaraniał?” – pytał sam siebie. Z uśmiechem wprost przyznaje, że zawrócić nie pozwoliła mu świadomość, że w niedzielę w kościele otrzymał uroczyste błogosławieństwo na drogę, więc gdyby w kolejną niedzielę pojawił się na Mszy św., to wszyscy zastanawialiby się, dlaczego stchórzył albo czemu tak szybko przeszedł camino. Tego nie mógł zrobić. Pociągiem dojechał do Lourdes, potem do Saint Jean Pied de Port. Szedł tzw. Drogą Francuską, wiodącą do grobu św. Jakuba z francuskich Pirenejów. O miesiącu spędzonym na camino mówi bez ubarwiania, więcej czasu poświęcając opowiadaniu o swoich zmaganiach i zmianach, jakie w nim zaszły, niż widokom i odwiedzanym po drodze miejscom. Barwnie mówi o tym, jak pierwszej nocy wymarzł, ale bał się sięgać do plecaka opartego o pielgrzymią laskę, by wyjąć z niego coś ciepłego. Nie chciał być zapamiętany od samego początku jako ten, który wszystkich obudził.

    Kierunek – wielka niewiadoma

    W pierwszych dniach uczył się na własnych błędach – co powinien ubierać, żeby czuć się komfortowo w drodze, jak schylać się z 10-kilogramowym bagażem na plecach czy jak pakować rzeczy w plecaku, by to, co najpotrzebniejsze, w danym momencie było pod ręką. Mówi, że łatwo nie było. Przyznaje też, że najgorsze było poczucie, że marsz, który podjął, prowadził go w niewiadomą. Powoli adaptował się do monotonnego pielgrzymkowego rytmu dnia: pobudka ok. 6, pakowanie plecaka, śniadanie i w drogę. A po dojściu na kolejne miejsce noclegu: zajęcie łóżka, kąpiel, pranie, opatrywanie ran na stopach, kolacja, Msza św. i do spania. Rano od nowa. I tak dzień za dniem. Edward podkreśla, że camino jest tak dobrze oznakowane, iż w drodze nie trzeba się zbytnio koncentrować na trasie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół