• facebook
  • rss
  • Ranczo i pyszności

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 34/2016

    dodane 18.08.2016 00:00

    Jeśli gospodyni proponuje gościom ścierkę, to nie jest to zaproszenie do sprzątania, ale zapowiedź regionalnego specjału.

    Spokojna wieś nad Odrą, dom z dużym tarasem jakby wtopiony w otaczającą go zieleń, dwa koty wylegujące się na ścieżce i towarzyszący im młody jamnik, na pobliskiej łące pasą się konie. Sielski obraz wsi... – Wydaje się, że jest spokojnie, ale tak naprawdę ciągle coś się dzieje, domownicy, zwłaszcza dzieci, goście, którzy do nas zaglądają– to sprawia, że ciągle jest gwarno i wesoło. A i w obejściu zawsze jest co robić– uśmiecha się Krystyna Henzel z Przewozu.

    Miłość nad karierę

    Gospodarze – „zwykli rolnicy” w miarę opowiadania zaskakują coraz bardziej. Pan Franciszek, pochodzący z pobliskich Łan, jako kawaler, choć pomagał na roli, był dobrze zapowiadającym się muzykiem, po liceum muzycznym, grającym nawet w filharmonii bytomskiej. To dla Krystyny, młodej przewozianki, zamienił sale koncertowe na kościelny chór, zostając organistą, grając też na weselach i zabawach. Gdy przez parę lat pracował na kopalni, też grał w orkiestrze. – Lubiłem muzykę, ale też gospodarzenie. A jako hobby kupiłem bryczkę – z Konina ją przywieźliśmy! Pożyczaliśmy do niej konia i woziliśmy ludzi na śluby, dożynki. Wreszcie kupiliśmy swojego konia, potem kolejne... Całą Polskę dzięki temu zwiedziliśmy – wspomina Franciszek Henzel. – Odziedziczyliśmy gospodarstwo po moich dziadkach – w tym starym domu, przerobionym teraz na budynki gospodarcze, urodzili się oni, ja i nawet jeszcze moje dzieci– Joasia i Henio. Potem mieszkaliśmy zaraz naprzeciwko, w domu moich rodziców a kilkanaście lat temu wybudowaliśmy swój dom– pokazuje gospodyni.

    Koleje losu

    Aby na niego zarobić, wyjeżdżali do pracy za granicę, a w tym czasie gospodarstwa doglądały ich dzieci. Gdy odłożyli wystarczająco i, wracając z Niemiec, cieszyli się, że zaczną budowę, do domu musieli dopłynąć łódką, bo Odra zalała całą wieś. To była powódź tysiąclecia w 1997 r. Stracili wtedy 50 tuczników. – Dobrze, że nie kupiliśmy wcześniej materiałów budowlanych, bo woda by je zabrała. Ale ile było brudu... A i na wesele córki, które miało być po naszym przyjeździe nie można było znaleźć lokalu, bo wszystko w okolicy było zalane – mówi Krystyna. Po powodzi wyprawili wesele, zaczęli budowę domu i rozwijali gospodarstwo, gdy nagle zachorował ciężko ich syn. Zatruł się podczas opryskiwania pól, bo przechodził wtedy anginę i miał osłabiony organizm. Chemikalia uszkodziły mu system nerwowy, przez co do dziś ma problem z chodzeniem. Ale choć nie wrócił do pełni zdrowia, nie załamał się, nadal jak może pomaga w gospodarstwie. Ożenił się, ma dwie córeczki – sześcioletnią Magdę i prawie dwuletnią Anię. – Nigdy nie miałem żalu do Pana Boga, że zachorowałem. Tak się stało i już, mogło być gorzej. Za to dziękuję Mu każdego dnia za moją rodzinę, rodziców, że tak z tego wyszedłem. Od zawsze gdy upadnę, staram się wstać, podobnie po tej chorobie. Na początku było ciężko, krępowałem się, trudno było prosić o pomoc. Teraz staram się radzić sobie ze wszystkim. Nogi słabe, ale za to ręce mam silne i chęć do pracy, choć wiele rzeczy idzie wolniej – przyznaje Heniek Henzel.

    Jak w westernie

    Jeszcze przed wypadkiem też jeździł za pracą do Niemiec. Tam poznał ludzi związanych z PLQHA (Polish Quarter Horse Associacion)– stowarzyszenia promującego konie rasy American Quarter Horse w Polsce, trafił na zawody reiningowe (konkurencja jeździecka w stylu westernowym) i zapalił się do tego. Po konsultacji z przyszłą żoną Kasią kupił dwie klaczki i zaczęli swoją hodowlę. Wkrótce przygotowania do ślubu trwały równolegle z ćwiczeniami do zawodów. Szkolili się, bazując na książkach i internecie. Zadebiutowali, będąc już małżeństwem, na mistrzostwach Polski w Starych Żukowicach, w klasie halter (tzw. pokazy z ręki, polegające na prowadzeniu konia stępem i kłusem na krótkim pasku). Pokaz z Sindy, czempionką ich chowu, wykonywała Kasia, a Heniek, ponieważ był już wtedy chory, dopingował je z trybun. Efekt: podwójne zwycięstwo! I na dodatek drugie miejsce w wyborach najładniejszego konia zawodów. – W lokalnej prasie artykuł o nas głosił: „Żona wybiegała medale”. To była taka podróż poślubna– śmieją się młodzi. Teraz, choć nie jeżdżą na zawody ze względu na małe dzieci, nadal rozwijają hodowlę. Na masztalnię przerabiali kolejne pomieszczenia starego gospodarstwa. W stajniach stoi już 8 westernowych koni, fiord, haflinger i 28 zimnokrwistych. Prócz tego krowy, kilka owiec i kóz oraz drobna zwierzyna – króliki, gęsi, kaczki, ozdobne kurki. Do tego pies i kot. Ale to już oczko w głowie gospodyni, która kilka lat temu zaczęła przygodę z rodzinną agroturystyką.

    Babcine receptury

    – Namówiła mnie Klaudia Kluczniok, zajmująca się wtedy programami rozwoju wsi. Przygotowałam więc jeden a potem drugi pokój dla letników, pełna obaw i nie licząc na zbytni ruch.Dobudowaliśmy z mężem duży taras z grillem i daliśmy ogłoszenie na stronach gminy. I ruszyło, a dzięki temu poznaliśmy wielu nowych, ciekawych ludzi, było sporo śmiechu – cieszy się Krystyna Henzel. Zrobiło się gwarno, a wśród turystów z całej Polski i pracowników różnych firm mieli też gości z Niemiec, Francji, USA, Holandii i Szwecji – tym gościem okazał się dawny znajomy pana Franciszka z bytomskiej szkoły muzycznej. Gospodyni wszystkich częstuje swojskimi produktami– masłem, kozim twarogiem i przetworami. I koniecznie ścierką– potrawą z jaj, mąki i mleka, którą nauczyła ją robić babcia. Podaje ją najczęściej na słodko, choć można i z sosem gulaszowym jak czeskie knedliczki. W 2007 roku nawet zgłosiła ją do Urzędu Marszałkowskiego jako produkt regionalny i odtąd może pochwalić się certyfikatem. Podobnie zarejestrowała germuszką– tradycyjną zupę chlebową. Ścierkę serwuje odtąd zarówno na różnych festynach, jak i domownikom, bo dla rodziny gotuje najchętniej. A gości częstuje takimi rarytasami jak np. napój bzowy à la szampan, miód pigwowy albo dżem z kwiatów białego bzu.

    Jak w ulu

    Latem i jesienią w ich piwnicy stoją setki świeżo przygotowanych słoików. Kiedy znajduje czas na ich przygotowanie? – Jest ciągłe zamieszanie, dużo roboty, ale gospodarstwo prowadzimy wspólnie, oba pokolenia, starsza wnuczka też lubi pomagać. Najbardziej przy małych zwierzątkach, bo właściwie to one są największą atrakcją dla gości, zwłaszcza dla dzieci. A Magda już wie o gospodarstwie bardzo dużo. Często przyjeżdża też córka, albo jeździ ze mną na różne imprezy regionalne – mówi pani Krystyna. Zdarza się, że równolegle trzeba pracować przy żniwach, przyjmować letników a wieczorami przerabiać ogórki i owoce, ale efekt przynosi satysfakcję. – Największą radość mam, kiedy goście, kosztując tych potraw, wspominają, że pamiętają ten smak z lat dzieciństwa czy młodości. Po to się warto starać. I gdy widzę, jak wnuczkom smakuje. Bo najważniejsza jest rodzina – przyznaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół