• facebook
  • rss
  • Papierowe znaki pamięci

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 43/2016

    dodane 20.10.2016 00:00

    Zrobienie 5–6 kwiatów zajmuje nieco ponad pół godziny. Tyle, co spokojne odmówienie Różańca. I tylko te kwiaty w stroiku można dać, prócz modlitwy i zapalonego znicza, bliskim zmarłym.

    tekst i zdjęcia karina.jurkowska@gosc.pl Wkrótce uroczystość Wszystkich Świętych, a dzień później Zaduszki. Na grobach coraz więcej stroików, wieńców, kwiatów. Żywych i sztucznych, sprowadzanych zwykle z Dalekiego Wschodu. Coraz trudniej spotkać popularne jeszcze niedawno papierowe, woskowane kwiaty. Takie, jakie przez pół wieku robiła rodzina Lizurków z Żędowic. – Dziś już nie robimy ich na taką skalę, nie dla zarobku, jak kiedyś, ale do tej pory jest trochę osób, które z sentymentu wciąż o nie pytają. To cieszy – przyznają zgodnie.

    Byle „na swoje”

    Zaczęło się ponad 50 lat temu u młodych małżonków, Agnieszki i Helmuta Lizurków. Nie mieli łatwego startu – ona pochodziła z wielodzietnej rodziny, a on, będąc małym dzieckiem, stracił ojca na wojnie.

    Młodzi chcąc wynająć jakiś kąt, a wreszcie wybudować dom, imali się różnych zajęć – dorabiali przy pracach leśnych, w piekarni, zbierali grzyby i jagody, hodowali indyki, sprzedawali nadwyżkę warzyw. Od mamy pana Helmuta nauczyli się wyrobu wieńców na pogrzeby. Wreszcie dorobili się domu, ale zaciągnięte na budowę długi trzeba było spłacać. Kiedyś, z wyjazdu do Niemiec, pani Agnieszka przywiozła ze sobą papierowy kwiat. W domu rozłożyła go na części, chcąc zobaczyć, jak jest zrobiony, by odtworzyć go samodzielnie i zdobić w ten sposób robione przez siebie wieńce. – Pierwsze kwiaty były bardzo proste, jak storczyki albo irysy. Składaliśmy dwa kawałki papieru jak motylki. A wieńce były robione z siana albo słomy wiązanej nitką i obłożone świerkowymi gałązkami. Najwięcej ich szło na Wszystkich Świętych, wtedy każdy starał się je jakoś ozdobić listkami, staticą, kwiatami – wspomina Agnieszka Lizurek. I tak zaczynali – nożyczkami ręcznie wycinali kształt płatków, podwijali je nożem i mocowali drutem. Brystol i pierwsze farby zdobywało się z trudnością przy ówczesnych brakach w sklepach i systemie potępiającym prywatną działalność. Ale kwiaty się spodobały i liczba chętnych na nie rosła. Wkrótce robota szła cały rok, a małżonkowie razem z dziećmi spędzali nad nimi całe wieczory albo i noce.

    Manufaktura

    Aby usprawnić i przyspieszyć prace, wymyślili, że przydałaby się matryca do wycinania papieru, która zastąpi najbardziej czasochłonne, ręczne wycinanie. Po kilku próbach udało się i uderzana ciężkim młotem stalowa sztanca nie pękała. To pozwoliło znacznie rozwinąć działalność i sprzedawać już też same kwiaty, bez wieńców, i to w większych ilościach. Tylko w cechu rzemieślniczym nie wiedziano, jak sklasyfikować to, co robią. A dom – dosłownie tonął w kwiatach. – Rzeczywiście, były wszędzie, bo żeby realizować zamówienia na tysiące sztuk przed Wszystkimi Świętymi, trzeba było mieć je gotowe wcześniej. Więc leżały poukładane na szafach, w garażu, w kartonach. A to, co akurat robiliśmy, mieliśmy porozkładane na takich dużych płytach z drewna – mówią. Z taką chałupniczą pracą wiązały się czasem różne perypetie – w jednym roku sporą liczbę przygotowanych już do sprzedaży wyrobów zmarnowały… myszy. Okazało się bowiem, że zasmakowały w kleju z wody i mąki, używanym do łączenia płatków, i powygryzały całe środki kwiatów. Bywały i trudne chwile – gdy gospodyni poważnie zachorowała i prawie rok musiała jeździć do gliwickiego szpitalu.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół