• facebook
  • rss
  • Trudny dar

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 47/2016

    dodane 17.11.2016 00:00

    W każdym człowieku jest pręcik, który świeci i daje siły. Gdy przygasa, kładzie się on na smutnym (szpitalnym) łóżku i znika – tłumaczyli aktorzy Teatru Dnia Ostatniego.

    O prawdziwości tego porównania przekonuje boleśnie informacja o poważnej chorobie wśród bliskich czy odprowadzenie kolejnej osoby na miejsce spoczynku. Nawet listopadowe, opadające liście skłaniają do refleksji nad przemijaniem. – Człowiek w jakimś momencie życia spotyka się z chorobą, cierpieniem i brutalną rzeczywistością, że wszystko się kończy. Z werdyktem lekarza, że nie ma ratunku. (…) Wtedy wali mu się cały świat, cała stoicka postawa wobec życia. Ludzka wyobraźnia zaczyna przedstawiać widma mrocznej, tajemniczej otchłani, w którą będzie musiał wejść i to samotnie. Spojrzenie na życie radykalnie się zmienia. Miejsce radości i życiowych planów zastępuje lęk, ból, niepewność, nierzadko zazdrość wobec zdrowych i poczucie osamotnienia. Świat staje się areną walki o życie – wyznaje ks. Andrzej Rygierski.

    Refleksje kapelana

    Kapłan ten, kapelan Hospicjum Miłosiernego Samarytanina w Wągrowcu, dzielił się swoimi doświadczeniami podczas IX Kluczborskiej Konferencji Medycyny Paliatywnej, która skupiła ponad 140 osób z całej Polski, angażujących się w pomoc hospicyjną – lekarzy, pielęgniarek, kapłanów, wolontariuszy. Ksiądz Rygielski wskazuje, że medycyna często widzi pacjenta, ale nie człowieka, który kocha, myśli, ma swoją godność i przeżycia. – Chory na początku pokłada wielką nadzieję w medycynie, tak doskonale przecież wyposażonej. A kiedy choroba czyni postępy, pojawia się przekonanie o jej ograniczonej możliwości – dzieli się doświadczeniami wielu lat posługi. Wspomina o nieufności pacjenta do kolejnych terapii, poczuciu bycia ciężarem dla otoczenia, bezradności związanej z brakiem sił, kontroli nad własnym ciałem, obawą o siebie, bliskich, strachu przed bólem i umieraniem. A podkreślając cielesno-duchową dwoistość ludzkiej natury, wskazuje na rolę hospicjum, które ma otoczyć troską całego człowieka, zapewnić mu godne życie do końca, opanować ból fizyczny i egzystencjalny i pomóc określić relację do Boga. Często chory odrzuca początkowo tę pomoc, zamyka się w sobie, reaguje agresywnie, a jednocześnie w swojej bezsilności woła o ratunek. By mu wyjść naprzeciw, trzeba czasu, cierpliwości i modlitwy. – Ważną sprawą jest być przy chorym, nie bacząc na jego zachowanie, słuchać jego zwierzeń, służyć pomocą wierzącego – przygotować na spotkanie z kapłanem, dzięki któremu godnie przygotuje się na śmierć. Człowiek u schyłku życia potrzebuje pojednania, przebaczenia. Potrzebuje drugiego człowieka, bo jego obecność daje mu poczucie bezpieczeństwa. A zamiast słów czasem wystarczy poprawić poduszkę, otrzeć pot z czoła, potrzymać dłoń – podkreśla ks. Rygielski.

    Miara sukcesu

    Janusz Cholewiński, jeden z lekarzy Hospicjum Ziemi Kluczborskiej św. Ojca Pio i współorganizator konferencji, przyznaje, że trudno znaleźć personel do tej posługi, zwłaszcza przy ograniczonym budżecie. Panuje przekonanie, że lekarz medycyny paliatywnej to jedna z najtrudniejszych specjalności. Na próżno by bowiem oczekiwać spektakularnych wyzdrowień, a śmierć odwiedzanych często miesiącami pacjentów zapada w pamięć. Bywa, że rodziny, zwłaszcza ukrywające przed chorym jego stan, mają opory, by zaprosić personel hospicjum. Tymczasem jest o co walczyć. – Nasze sukcesy? Jak nie nazwać nimi sytuacji, gdy np. przyjechałem do młodej pacjentki, cierpiącej tak, że wręcz gryzła do krwi palce z bólu, a nasze działania sprawiły, że ból ustąpił i przez pół roku mogła jeszcze funkcjonować jako żona i matka, mogli się nią cieszyć najbliżsi. Albo gdy chora się dusi i prosi o coś, by zeszła już z tego świata, a potem widać u niej radość, że może jeszcze żyć. Z mojej praktyki wynika, że ok. 90 proc. pacjentów udaje się wyprowadzić z bardzo silnego bólu do akceptowanego poziomu. Jest u nas tzw. syndrom drugiej wizyty, kiedy chory, poprzednio bardzo cierpiący, podczas kolejnej uśmiecha się do nas, czując się lepiej. Nie są to „medialne” osiągnięcia medycyny, ale bardzo cieszą i dają poczucie dobrze spełnionej posługi – na myśl o tym uśmiecha się doktor.

    Na pełnej petardzie

    Stąd pomysł na cykliczne konferencje po to, by służący chorym mogli zapewnić odchodzącym jakość życia i dobrą śmierć. – Chcemy zapewnić tę możliwie najlepszą jakość życia u jego schyłku, niezależnie czy będą to godziny, dni, tygodnie, czy nawet lata. Do tego potrzebny jest profesjonalizm, ale także i nasza formacja, byśmy potrafili „być dla”, wyjść naprzeciw potrzebom chorego i jego rodziny – wskazuje dr Cholewiński. To sympozjum poświęcono nowym metodom leczenia bólu, interakcjom leków, psychologii – m.in. rozmowom o śmierci i stracie, ale i problemom etycznym, dotyczącym np. ukrywania prawdy o stanie zdrowia przed pacjentem czy zapewnienia opieki duszpasterskiej osobom innych wyznań. Wspomniano też mistrza opieki hospicyjnej – ks. Jana Kaczkowskiego. Opieka nad chorymi terminalnie pacjentami, żegnanie odchodzących to trudne przeżycia, stąd choć pomoc udzielana jest niezależnie od wyznania pacjentów, doktorowi Cholewińskiemu, jak również wielu pracownikom siłę daje wiara. To właśnie wdzięczność Bogu za wyproszony cud zdrowia żony Ewy była jego główną motywacją do utworzenia kluczborskiego hospicjum. Ona sama za życia (zmarła jako jego pacjentka 22 października 2015 r.) wspierała męża, modląc się Różańcem, gdy wyjeżdżał do pacjentów, ofiarując w tej intencji swoje cierpienia.

    Stanąć w prawdzie

    Czas, który daje człowiekowi terminalna choroba, jest bardzo ważny, dlatego trzeba dołożyć wszelkich starań, by mógł zostać dobrze wykorzystany. – Jest on potrzebny, by człowiek zdążył załatwić sprawy wymagające domknięcia. To istotne, żeby otrzymał informację o krótkiej perspektywie życia, by zdążył pojednać się np. z Bogiem, z bliskimi, żeby mógł przebaczyć winy innym albo sam poprosić o wybaczenie. To się w wielu wypadkach udaje. Czasem musimy sporo popracować z pacjentem albo bardzo zranioną przez chorego rodziną. Nieraz wystarczy delikatna zachęta, wyjaśnienie, że wprawdzie trudno kierować uczuciami, ale najistotniejsza jest wola przebaczenia komuś, kto zranił, by osoba dotąd skonfliktowana z chorym odwiedziła go po raz drugi, kolejny, by zaczęli sobie wszystkie zaszłości wyjaśniać i ostatecznie chory z pokojem w sercu odszedł. To opowieści wyciskające łzy z oczu – mówi z drżeniem w głosie Janusz Cholewiński. Specjalista medycyny paliatywnej mówi wprost „Jest to błogosławiony czas”. – Można powiedzieć, że ten czas, który pozostał choremu, to Dar Boży. Pobudza on nie tylko do refleksji nad własnym życiem, ale też cierpienie najbliższego, nawet tego, który uczynił wiele zła, wyzwala w innych współczucie. A to, czasem pod wpływem podpowiedzi, rodzi uczucie miłosierdzia – dodaje. Stąd tak ważne jest, by chory znał prawdę o swojej chorobie i schyłku swego życia. Czasem tylko nie wiadomo, kto ma mu ją powiedzieć.

    Razem do końca

    – Moim zdaniem może to uczynić jedynie ten lekarz, który ma odwagę nieść krzyż cierpienia z chorym. Nie wolno mu rzucić na szpitalnym korytarzu „Pan ma raka, nie ma dla pana ratunku” i wejść do swojego gabinetu. To wręcz zbrodnia na psychice. Można stopniowo przygotowywać go na złe rokowania, by oswoić go z trudną prawdą. Równocześnie też lekarz nie może skłamać pacjentowi, bo to niszczy wzajemne zaufanie. Z reguły chory domyśla się tego, czuje zbliżający się koniec – tłumaczy dr Cholewiński. I podkreśla, że brak prawdy między rodziną a chorym rodzi dodatkowy ból. Oszukiwanie go nie służy niczemu. Pacjent słabnie, przestaje wierzyć w poprawę i zamyka się w sobie. Lepiej wykorzystać ten czas dla relacji pełnych miłości, jak np. przeglądnięcie albumu, powspominanie dobrych chwil, dopytanie, jakie życzenia miałby jeszcze chory. Może chce odwiedzić dawno nie widzianą krewną, rodzinne strony, dokończyć pisanie książki, zamykając lata pracy...

    Pręcik

    Czego o życiu może nauczyć rozmowa dziewczęcych kapci, budzika, jaśka i pluszowego tygryska? Bardzo wiele, przynajmniej tych ze spektaklu pt. „Pręcik” Maliny Prześlugi, w wykonaniu Teatru Dnia Ostatniego w reż. Katarzyny Juranek-Mazurczak. W ciągu trzech kwadransów młodzi aktorzy przekazali, jak inne może być postrzeganie codziennych obowiązków, gdy zabraknie ich adresata, jak często doznane krzywdy czy poczucie wstydu sprawiają, że nie widzimy, jak ważni jesteśmy dla kogoś, jak potrzebna mu nasza obecność. I co powiedzielibyśmy komuś, kogo już nie ma, a wcześniej brakło odwagi. Przedstawienie pokazane przez młodzież na zakończenie konferencji sprawiło, że po policzkach widzów płynęły łzy, a w sercu zostało coś ważnego. Na długo. Dzięki promocji takich wzorców przy kluczborskim hospicjum działa grupa młodych wolontariuszy, którzy angażują się w organizację różnych imprez lub odwiedzają chorych. Rośnie też grupa dorosłych wolontariuszy i sympatyków, wspierających hospicjum prowadzone przez stowarzyszenie. A dla jego pracowników najpiękniejszym podziękowaniem jest widok pacjentów odchodzących w spokoju, pogodzonych z bliskimi, z zapisanymi do końca kartami życia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół