• facebook
  • rss
  • Niech twoje święto trwa bez końca

    Andrzej Kerner Andrzej Kerner

    dodane 17.03.2017 13:09

    Pogrzeb brata Rogera był taki jak jego życie: skromny, prosty, delikatny a jednocześnie nieziemsko piękny.

    Trudno mi o tym opowiadać. Boję się zbyt wielkich słów, tym bardziej, że pamiętam jak brat Roger wyznawał swojej biografce Kathryn Spink, iż nie lubi wielkich słów na temat wspólnoty z Taizé, że niewłaściwe jest łatwe mówienie o Bogu, o tym co On czyni, bo Bóg przemawia raczej przez zwyczajne znaki jakie niesie życie. Więc może lepiej będzie, jeśli spróbuję po prostu opowiedzieć jak było.

    Słuchać młodych

    W wieczór po śmierci brata Rogera zadzwoniła do mnie Marta, moja córka przebywająca „na wakacjach” u babci. – Tata, patrz brat Roger zabity. – Tak, Marta. – Tata, a... mogłabym pojechać na jego pogrzeb? Przez chwilę oniemiałem, a potem – wiedząc ile to będzie kosztować ! –obiecałem, że tak, że zrobię wszystko by pojechała. Mniejsza o dalsze szczegóły, w dwa dni później było postanowione, że jedziemy oboje. Już czułem, że to dobra decyzja. Taizé – cała moja młodość. Owszem, również młodość wiary. Co tu dużo mówić – po 27 latach nadszedł wreszcie czas powiedzenia bratu Rogerowi: merci. Ile razy czytałem jego słowa o tym, że młodym warto ufać i zdawać się na ich intuicję? A tu u mego boku wyrosło wdzięczne i niespodziewane potwierdzenie jego słów.

    Taizé, kłopoty z wejściem

    23 sierpnia, przed południem, niebo nad Taizé zachmurzone. Od czasu do czasu delikatny deszcz. Myślę, że będą problemy z wejściem do Kościoła Pojednania, w którym odbędzie się liturgia pogrzebu. I problemy się pojawiają, bo nasza grupa ma przydzielone wejście akurat do sektora, w którym miejsce jest tylko dla młodych. Rozumiem, tłumaczy to miłość między młodymi i bratem Rogerem. A jednak kiedy słyszę informację ”ludzie powyżej trzydziestki proszeni są o pozostanie na placu” jest mi trochę smutno. Snuję się po placu w deszczu. Idę do biura prasowego, żeby mi dali przynajmniej spis osobistości uczestniczących w pogrzebie. A tu się okazuje, że akredytacja nie będzie nic kosztować i mogę mieć miejsce w sektorze dla prasy. Jeszcze się pytają czy chcę się przemieszczać czy wystarczy mi jak będę siedział w jednym miejscu. Jedno miejsce, nic więcej, chcę tylko siedzieć i uczestniczyć, po to tu przyjechałem. Znowu myśl niepokojąca, że, owszem dobrze że będę w środku, ale w sektorze prasowym, wiadomo będzie trwać gorączkowa praca a nie skupienie, cisza i natchniony, cudowny taizeowski śpiew, których tak bardzo – mówiąc nieskromnie – oczekiwałem. I których– mówiąc pokornie – naprawdę potrzebowałem.

    Notre Dieu est tendresse

    Siadam wreszcie w wymarzonym od lat miejscu, w Kościele Pojednania w Taizé . Nie dam rady opisać tego wrażenia, bo kto tam był ten wie, że i tak tego „czegoś” co tam wisi w powietrzu opisać nie sposób. A kto nie był: czy uwierzy, że w kościele który jest w większej części po prostu rodzajem niskiej hali, a właściwie barakiem wyłożonym wykładziną, piękno modlitwy może osiągnąć siłę po prostu porywającą człowieka, jego duszę, jego ciało, jego wszystko? W każdym razie: siedzę i patrzę. Ołtarz zbudowany z glinianych, otworzonych na przestrzał sześcianów. Wystrojem ściany za ołtarzem są olbrzymie płachty pomarańczowego płótna w kształcie żagli. I znów te gliniane pustaki, w których płoną znicze. Wiele zniczy i kaganków. Oraz ikony: Chrystusa i egipskiego opata Mena w centrum, po prawej ikona Ukrzyżowanego, po lewej – Matki Bożej. Jeszcze jedna przestrzeń święta: prostokąt wyznaczony gałązkami bukszpanu, w którym zasiadają do modlitwy bracia z Taizé i dzieci otaczające przeora wspólnoty. Pachnący bukszpan, biel lnianych szat braci, przestrzeń święta, niewinna, naruszona tydzień temu ręką kobiety, o której jeszcze nie wiemy czy kierowało nią szaleństwo duszy, czy jakaś szalona, szatańska myśl. Siedzę, milczę, patrzę w półmrok. Obok siedzą tysiące, patrzą, milczą. Sektor prasowy siedzi, patrzy, milczy. Fagot zaczyna tęskne interludium do pierwszego śpiewu liturgii pogrzebu. Kanon z refrenem: O Dieu est tendresse, O, Dieu qui pardonne. O, Bóg jest czuły, Bóg który przebacza. Idą bracia, niosą brata Rogera. Tak właśnie zaznaczyli na planie uroczystości miejsce trumny w kościele: brat Roger. Bóg jest czuły, Bóg jest troskliwy, Bóg jest delikatny. Za bratem Rogerem jak zwykle idą dzieci. „Nie bój się płakać” powiedział brat pewnemu księdzu goszczącemu w Taize widząc jego smutek i cierpienie. 23 sierpnia 2005 w Kościele Pojednania było wielu ludzi, którzy głęboko smucili się z powodu rozstania z ukochanym bratem. Sara Incertis z Walencji, tulona na przemian przez matkę i brata. Dziennikarka londyńskiego „The Tablet” i jej siostra, facet z opolskiego „Gościa Niedzielnego”. I setki obok nas. Ale nic w tym ze szlochu, ze zbiorowej emocji. Po prostu śpiew przez łzy „Confitemini Domino, quoniam bonus”, dziękujmy Panu, bo jest dobry.

    Zostaniesz sam

    Przejmujące w liturgii były nie tylko śpiewy, poczucie smutku i abosolutna, uroczysta powaga. Pierwsze słowa modlitwy nowego przeora Taize, Niemca brata Aloisa. „Boże dobroci, powierzamy twojemu przebaczeniu Luminitę Solcan, która w akcie choroby zakończyła życie brata Rogera... modlimy się za lud Rumunii”. Trafne były słowa kard. Waltera Kaspera, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan: „ bardziej niż przewodnikiem i mistrzem duchowym, brat Roger był dla wielu rodzajem ojca, odblaskiem wiecznego Ojca i Jego obejmującej wszystkich miłości”. Przejmująca była długa cisza, której jak się dowiedziałem nie potrafili uszanować (a może tylko wytrzymać) komentatorzy polskiej telewizji. Zadziwiająca – z innej już strony – dla tak wielu Polaków była nieobecność reprezentantów naszego państwa. Kościół polski reprezentowany był przez bpa Wiktora Skworca, ordynariusza tarnowskiego. Mszy pogrzebowej, która nastąpiła po medytacyjnej części nabożeństwa przewodniczył kard. Kasper, koncelebrowało 4 braci, którzy są księżmi katolickimi, wśród nich brat Marek Durski, pierwszy Polak we wspólnocie. Inni kapłani katoliccy odprawiali na zewnątrz kościoła dla wiernych tam pozostających, w deszczu.

    Ojciec brata Rogera, pastor Charles po raz pierwszy zapłakał przy swoim synu kiedy ten mówił mu o tworzeniu wspólnoty jakiej świat protestancki wówczas nie był w stanie pojąć. Powiedział Rogerowi „Kiedy się zestarzejesz, zostaniesz sam. Oni cię opuszczą”. Nie opuścili, na ramionach swoich braci w białych szatach, protestantów i katolików, brat Roger powędrował tam gdzie sam sobie życzył spocząć po raz ostatni. Na malutki wiejski cmentarz przy romańskim w kościele w Taizé, blisko swej matki Amelie i braci ze wspólnoty.

     

    – Brat Roger był ojcem mojej wiary, Taizé to moja duchowa ojczyzna, dlatego – mówi wysoki, szpakowaty mężczyzna w eleganckim garniturze do stojącego obok. Dobrze mówisz, człowieku. Nie wiem kim obydwaj są, mówią po angielsku, skrapia nas delikatny deszczyk, stoimy w kolejce do grobu brata Rogera wijącej się między starymi zbudowanymi z kamienia domami burgundzkiej wioseczki. Podchodzimy do otwartego grobu, Marta mówi, tata idź pierwszy, idę, robię znak krzyża, zanurzam gałązkę bukszpanu w naczyniu z wodą, skrapiam leżącą w głębi trumnę z ikoną Chrystusa i opata Mena na wieku, robię znak krzyża, odchodzę, moje gesty powtarza Marta. „Bracie Roger, niech twoje święto trwa bez końca” - mówię mu z bliska słowa, które przez lata on kierował do mnie z oddali. Skromny krzyż na grobie brata Rogera, założyciela wspólnoty z Taizé.   Skromny krzyż na grobie brata Rogera, założyciela wspólnoty z Taizé. Andrzej Kerner /Foto Gość

     

    «« | « | 1 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół