• facebook
  • rss
  • Wspomagana wędrówka ludów

    Ks. Tomasz Horak

    dodane 21.10.2017 09:00

    Czym więc jest zjawisko napływu migrantów? Nazwałbym je wędrówką ludów. Przecież ci ludzie chcą do Europy, bardzo chcą.

    Napisałem przed tygodniem: „Znamiona wędrówki ludów spełnione”. Wydaje się, że potrzeba wyliczyć inne, treściowo pokrewne terminy i kryjące się za nimi zjawiska. Są to: kolonizacja, osadnictwo, przesiedlenie, najazd, wojna zaborcza, podbój, okupacja... Lista niepełna, na pewno chaotyczna, bez wątpienia może budzić wątpliwości. No i brakło określenia, które ostatnio karierę robi: migracja. Ta zaś może być emigracją oraz imigracją – zależnie od punktu widzenia. Zauważmy, że prawie każde z tych określeń może budzić i faktycznie prowokuje ocenę wartościującą.

    Osadnictwem nazwiemy przenikanie ludzi na tereny otwarte – a więc geografia (terytorium) i demografia (stosunki ludnościowe). Czasem działo się to samoistnie, czasem za przyzwoleniem księcia lub króla, czasem wręcz na zaproszenie. Odległości zbyt wielkie nie były. Na ogół osadnictwo wnosiło w środowisko wiele zjawisk pozytywnych. Ubogacało zarówno rdzennych mieszkańców, jak i przybyszów. Czy zalewające kraje Europy fale mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki spełniają znamiona osadnictwa? Nie. Ta krótka odpowiedź uzasadnienia nie potrzebuje, jest aż nadto oczywista.

    Czy może mamy do czynienia z kolonizacją? Też nie. Bo to pojęcie odnosi się do osadnictwa na terenach słabo zaludnionych lub zgoła niezamieszkanych. Owszem, Europa jest coraz słabiej zaludniona Europejczykami. Ale fala przybyszów lokuje się w krajach i ośrodkach zaludnionych najgęściej. Nie chodzi więc o zagospodarowywanie wolnej przestrzeni, a raczej o eksploatację dóbr już nagromadzonych. To przywodzi na myśl raczej pasożytnictwo. W dziejach Europy kolonizacja nieraz miała miejsce, odgrywała też rolę ubogacającą. Trudno jednak spodziewać się ubogacenia wskutek jednostronnego wykorzystywania dóbr wypracowanych przez wieki wytężonej i dobrze zorganizowanej działalności mieszkańców. Jeśli rządzący planowali kolonizację nie terenu, a obszaru zatrudnienia, popełnili ogromny błąd wynikający z nieznajomości historii, ekonomii i psychologii. Błąd, który już jest nie do naprawienia.

    Historia odnotowała też niejeden przypadek przesiedleń. Czyli zadekretowanego przez władcę przeniesienia ludzkiej populacji na inne miejsce. Motywy bywały różne. Czasem ekonomiczne, czasem polityczne. Samo zjawisko znane było już w starożytności – można wspomnieć przesiedlenie Hebrajczyków z Palestyny do Mezopotamii. Z czasów współczesnych to przesiedlenie milionów Polaków z terenów zwanych „zabużańskimi” na Śląsk, Pomorze i Warmię. Środki techniczne i logistyczne były tak zaawansowane, że dokonano tego, z grubsza biorąc, w jeden rok. Skutki zaś widać do dzisiaj, także z mojego okna. A to wedle reguły: człowiek nie pomidor, ciężko się flancuje. Ale kolejnych fal ludzi napływających z zewnątrz do Europy przesiedleniem nazwać nie można.

    Czym więc jest zjawisko napływu migrantów? Nazwałbym je wędrówką ludów. Przecież ci ludzie chcą do Europy, bardzo chcą. Chcą do tego raju upragnionego, a nieznanego, nieświadomi, że trzeba w nim wszystko kupić ciężką pracą, i to jeszcze kwalifikowaną pracą. Chcą. Zarazem procesy, jakie przy tym obserwujemy, przekraczają zwyczajne reakcje tłumu i wydają się zorganizowane za spore pieniądze (czy stać jakiś powiat w Polsce czy Kreis w Niemczech na wielomiesięczne wczasy dla wszystkich jego mieszkańców np. w Egipcie?). Użyłbym więc określenia: wspomagana wędrówka ludów.

    A jak zaszeregować napływ mieszkańców Ukrainy do Polski? Tylko część z nich to Ukraińcy. Ten proces nie mieści się w żadnej ze wspomnianych kategorii migracyjnych. Przybywają z kraju wyrosłego z tej samej tradycji chrześcijańskiej, a różnice wyznania nie niweczą wspólnego korzenia. Mowa z tej samej grupy językowej. Kulturowe wartości społeczeństw bliskie mimo różnic. Aparycją podobni do nas, prawie identyczni. Asymilują się łatwo, myślę, że także chętnie. Zatem – problemu nie mamy i oby tak zostało.

    Czy należy pomagać w imię szczytnych zasad miłosierdzia? Tak! Wszędzie tam, gdzie na naszej drodze znajdzie się człowiek taki, jak z przypowieści Jezusa: „który wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko, że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli” (Łk 10, 30n). Wtedy musimy mu, jak ów ewangeliczny Samarytanin, pomoc okazać. To jest Ewangelia. Ale nie należy wspierać tych, którzy uruchomili i wspomagają tę sztuczną wędrówkę ludów. Bo polityka i Ewangelia to zdecydowanie różne obszary. Czasem tylko różne, czasem przeciwstawne sobie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół