• facebook
  • rss
  • Trudne pytania

    Ks. Tomasz Horak

    dodane 28.10.2017 09:00

    Czy może dopiero zderzenie ze światem muzułmańskim zaowocuje jakimś nowym przebudzeniem chrześcijan?

    Ostatnimi felietonami wywołałem wilka z lasu. Pewnie nie uda się go obłaskawić, ale zagadać do niego można. Oczywiście, o migracje chodzi. Nie, nie o dzisiejsze ze stacją docelową „Europa”. Były czasy, kiedy Europejczycy (tego określenia wtedy nie było) wyrywali się w daleki świat. Pierwszą chronologicznie falą, trwającą dobre dwa stulecia, były wyprawy krzyżowe. Trudno nam dzisiaj zrozumieć, a nawet pojąć nie potrafimy, co tych ludzi gnało przed siebie. Ruch trwający tyle pokoleń był tyleż elitarny (rycerze) co i masowy (giermkowie). Wymagał ogromnych nakładów finansowych i organizacyjnych – choć i tak szli w nieznane. No i pociągał za sobą niezliczone ofiary w ludziach.

    Oswobodzenie grobu Chrystusa? Z całym szacunkiem dla wiary krzyżowców, ale to była ideologia. Nie, nie chcę wartościować ani nawet oceniać – po dziewięciu stuleciach byłoby to niepoważne. Używając słowa „ideologia” chcę tylko powiedzieć, że idea, jakiś pomysł, ujęty w nośne hasło, poderwał te tłumy (trzeba tu wspomnieć św. Bernarda z Clairvaux). Ewangelizacja? Tego określenia wtedy nie było. A jeśli doszukiwać się wśród krzyżowców ewangelizatora, to widzę jednego – św. Franciszka z Asyżu. Dlatego franciszkański habit po dziś dzień jest w Palestynie szanowany, a ludzie tak przyodziani cieszą się niepisanym immunitetem. Bo krzyż, aczkolwiek był sztandarem, znikał w cieniu miecza. Dla ludzi zamieszkujących trasę krzyżowców było to doświadczenie straszne, o czym niechętnie dziś myślimy.

    Wiem, upraszczam. Nie sposób w dwóch akapitach zamknąć dwóch stuleci niezwykle skomplikowanej historii. Chciałem tylko zilustrować pierwsze trudne pytanie, którego nie powinniśmy wymazywać ze świadomości. Drugie dotyczy okresu nieco późniejszego. Całą sprawę zapoczątkował Kszysztof Kolumb. Jego udana morska wyprawa zakończyła się... Chciałem napisać: sukcesem. „Indie Zachodnie” nie były Indiami. Ale otwarta została puszka Pandory, z której wypełzło wiele zła wszelakiego. Przede wszystkim chciwość złota i w ogóle dóbr materialnych. Za tym poszło wyniszczenie plemion, ludów i narodów zamieszkujących przedkolumbijską Amerykę. Rabunek, gwałty, krew, śmierć.

    Podróże Kolumba – i rozpowszechniane w całej Europie opowieści – zapoczątkowały trwały proces europejskiego podboju obu Ameryk oraz wiele istotnych i nieodwracalnych zmian społecznych, politycznych, ekonomicznych, kulturalnych i środowiskowych po obu stronach Atlantyku. Z dzisiejszego punktu widzenia trzeba je oceniać jako kontrowersyjne a czasem tragiczne. Charakter wywołanych zmian okazał się głęboki, trwały i globalny. Łatwo przyszło dorobienie do tego ideologii nawracania pogan. Właśnie – nawracania. Niewielu z nawracanych przeżyło. A przecież krzyż niesiono na czele tego pochodu trwającego długie dziesięciolecia. Czy nie powinno nas niepokoić kolejne trudne pytanie?

    Dręczy mnie jeszcze trzecie trudne pytanie. Zgoła odmienne od poprzednich. Jeden z czytelników przytoczył przed tygodniem brewiarzowy hymn z uroczystości świętego Benedykta. I słusznie. Benedykt z Nursji stał się zaczynem niezwykłego nurtu chrześcijańskiego życia w ówczesnej Europie (nie nosiła ona wtedy ani takiego miana, ani nie tworzyła czegoś podobnego do dzisiejszej Europy). Nurt życia monastycznego został zapoczątkowany przez niego i jego Regułę. Owszem, czerpał z tradycji wcześniejszych, ale stworzył nową jakość nie tylko w przestrzeni religijnej. Zaczął oddziaływać na przestrzeń życia świeckiego – społecznego, duchowego, umysłowego. Zresztą – obie te „przestrzenie” tworzyły wtedy spójny świat. Klasztory benedyktyńskie stały się ogniskami krystalizacji nowej, bogatszej niż dotąd przestrzeni europejskiego świata. Po kilku wiekach doszedł do tego ruch cysterski ze wspomnianym wyżej św. Bernardem. Cystersi z czasem zbudowali wielopłaszczyznową osnowę życia społecznego, rolniczego, leśnego, umysłowego, komunikacyjnego, przemysłowego.

    Na tym tle stawiam moje trzecie pytanie: Czy wszystko w Europie już się skończyło? Czy nie znajdzie się taki człowiek (grupa ludzi), którzy by dali poprowadzić się Bogu ku jakiejś nowej drodze i światu nowemu? Czy Europie pozostało już tylko hasło: „dekoracje rozebrał, studio pozamiatał, światło pogasił...” –? Wiele jest inicjatyw, ruchów, organizacji wnoszących wiele nowego. Jednak fundamentalnego lidera nie widać. Czy może dopiero zderzenie ze światem muzułmańskim zaowocuje jakimś nowym przebudzeniem chrześcijan? Bo, rzecz chyba oczywista, aktualni „przywódcy” Unii Europejskiej zupełnie nie nadają się na liderów odnowy. Nazwiska pomijam, znaleźć je można w byle gazecie.

    Co nam zostaje? Czekać na Godota? Bynajmniej. Tworzyć wokół siebie takie małe, niepozorne jądra kondensacji dobra, prawdy, aktywności. Benedykt i Bernard tak właśnie zaczynali. Franciszek także. I wpłynęli na kształt swojego świata.

    «« | « | 1 | » | »»

    TAGI: MIGRACJE

    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół