• facebook
  • rss
  • Z ołowiu i światła

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 46/2017

    dodane 16.11.2017 00:00

    Postrzegał świat i życie jak promienie przechodzące przez witraż – różnobarwne, z wielu różnych elementów, rozjaśnione pasją i miłością.

    O sławę zbytnio nie dbał, choć był utalentowanym artystą. Jego dzieła można znaleźć w obiektach zarówno na Śląsku, jak i za granicą. Od polityki starał się trzymać z daleka, za to walczył, ile sił, o ratowanie zabytków i dziedzictwa kulturowego. A relacje, które nawiązywał, trwają do dziś. Tomasz Cuber, głogówecki witrażysta i architekt, znany jest przez wielu bardziej z działalności kulturalnej i społecznej. Dziś już trzecie pokolenie Cuberów prowadzi rodzinną pracownię witraży i zajmuje się kulturą.

    Praca jak medytacja

    W pracowni, prowadzonej teraz przez potomków Tomasza Cubera, wzrok pada na leżące niemal wszędzie kawałki szybek, kolorowych szkiełek, witraży, ołowianych prętów. Podświetlany stół, na nim czarna patyna, pędzelki, rysunki, piece. Przy drzwiach zawieszone obok siebie małe rodzinne zdjęcia nestora i jego bliskich.

    – Przez lata dziadek z pomocnikami pracowali w piwnicy, szybko dołączyli jego synowie. Ja też przy nim próbowałem swoich sił, rysując projekt, malując na szkle czy docinając je. Pierwszy samodzielny witraż zrobiłem jako ośmiolatek, dla babci, by ją pocieszyć po śmierci dziadka. Ta praca to jak przejście w inny, mistyczny świat, jak medytacja. Wymaga cierpliwości, ale wycisza. Godziny płyną zupełnie inaczej – przyznaje Aleksander Devosges-Cuber, wnuk Tomasza Cubera. Najpierw tworzy się projekt, według niego przycina szkło, maluje je i wypala w piecu w temperaturze ok. 700 stopni Celsjusza. Po ostygnięciu te fragmenty składa się na stole, układając obraz, i ogranicza go gwoździkami, wreszcie łączy je ołowiem lutowanym z cyną. – Dziadek bardzo dbał o pewien porządek, rytm dnia. Wstawał rano o 7.00, szedł do pracowni coś projektować, malował na szkle. Dokładnie w południe był obiad, sjesta i kawa. Potem czas na różne sprawy społeczne, wieczorem czytał książkę lub gazetę i szedł spać. Cenił taki komfort życia, przestrzeń dla siebie i ognisko rodzinne – podkreśla Aleksander.

    Bez etykiet

    Tomasz Cuber był najmłodszym z dziewięciorga rodzeństwa, urodził się w Brzezinach Śl., wychował w Piekarach Śl. Z domu wyniósł dwukulturowość, ojciec był wychowany w kulturze niemieckiej, a mama – z domu Jankowska – nauczyła dzieci polskości. Zadbali o solidne wykształcenie dzieci – przyszły architekt studiował na Politechnice Wiedeńskiej, ale choć miał tam dobre perspektywy pracy, gdy w 1945 r. poślubił Urszulę Pretor, wrócił na Śląsk, osiedlając się w jej rodzinnym Głogówku. – Choć o moim dziadku powstały dwie prace magisterskie, jego historia jest chwilami tajemnicza. Dziadek na pewno był antynazistą, podobnie jak cała jego rodzina, jednak generalnie od polityki stronił, nie wspierał konkretnych opcji, w każdych warunkach starał się zająć kulturą. Do wielu spraw podchodził z dystansem, pogodą ducha i „po ludzku”. Nigdy nie utożsamiał Niemców z nazizmem czy Polaków z komunizmem. Nasza rodzina była wielonarodowa, a mimo to nie dochodziło do głębszych sporów na tle narodowościowym – opowiada jego wnuk. I przytacza szereg perypetii dziadka, barwnie opisując jego losy w wojsku polskim, wyjazd do Wiednia po rozproszeniu się jego oddziału, przynależność do towarzystwa polonijnego „Strzecha” i znajomość z kierującym nim Marianem Jurkiem. – On akurat okazał się być bratem mojej drugiej babci, od strony mamy. Z Wiedniem wiąże się także parę historii miłosnych – tam dziadek poznał swoją pierwszą miłość, tam przyszłego męża – Francuza – poznała też owa druga babcia – uśmiecha się wnuk Tomasza Cubera.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół