W sobotę 16 maja na Zamku Piastowskim w Raciborzu odbyło się sympozjum pt. "Siostra Maria Dulcissima Hoffmann SMI nauczycielką życia i umierania", zorganizowane w ramach V Dni Dulcissimiańskich, poprzedzających przypadającą 18 maja 90. rocznicę śmierci służebnicy Bożej.
Pod wieczór sympozjum zwieńczyła rozmowa nt. "Jak żyć, żeby dobrze umrzeć? Śmierć jako etap życia", którą poprowadziła Agnieszka Bugała. Wzięli w niej udział biskup opolski Andrzej Czaja, ks. prof. Henryk Olszar z Uniwersytetu Śląskiego, dr Barbara Kopczyńska, która od 1996 r. pracuje w chorzowskim hospicjum, oraz Mateusz Szweda, który - "omadlany" za wstawiennictwem s. Dulcisimmy - wrócił do zdrowia po ciężkim wypadku drogowym.
Spokojna i ciepła rozmowa dotykała spraw życia i śmierci. - Ludzie boją się hospicjum i ja to rozumiem, ale staramy się, żeby to odczarować - mówiła B. Kopczyńska. - W hospicjum takiej typowej wesołości nie ma, ale radość jest. W hospicjum nie mogą pracować ludzie, którzy są smutni, bo nie mogą dać innym tego, czego nie mają. Muszą to być osoby, które mają w sobie radość. Oczywiście ta radość nie jest nasza, my też musimy ją skądś czerpać - zapewniała. A opowiadając o swoich relacjach z pacjentami hospicyjnymi, podkreślała znaczenie mówienia prawdy. - Nie możemy przygotować chorego do odchodzenia, jeżeli on nie wie, że odchodzi, bo wtedy ten czas będzie zmarnowany. Natomiast kiedy przychodzę do domu chorego, nie mówię mu: "Dzień dobry, pan pamięta, że pan choruje na raka i niedługo umrze?". Nie ma czegoś takiego. Po prostu żyjemy - opowiadała.
Zwróciła uwagę na to, że "my też wiemy, że mrzemy, tylko nie wiemy, kiedy", a pacjenci hospicyjni "mogą mniej więcej się domyślać, kiedy".
Czy ludziom wierzącym - postawiła pytanie prowadząca rozmowę - jest łatwiej przekraczać próg między jednym życiem a drugim? Z perspektywy lekarza okazuje się, że ludziom głęboko wierzącym tak, ale u osób, których wiara jest płytka, przeważa strach przed Sędzią sprawiedliwym. - Nie wyobrażam sobie tego, co mi Pan Bóg zgotował, tego krzyża łaski, gdybym nie miał wiary - podkreślił biskup opolski, którzy przeżył ratujący życie przeszczep wątroby. - Pani doktor słusznie zauważyła, mówimy o wierze żywej, która wyraża się w tym, że na co dzień staramy się żyć w zjednoczeniu z Bogiem na ile się tylko da, bo wiadomo, że to zjednoczenie będzie w pełni dopiero po śmierci. Ale im więcej jedności z Bogiem, tym więcej przeżywania Jego bliskości i obecności. To jest nie do przecenienia - podkreślił biskup opolski, tłumacząc, że zarówno człowiek chory, jak i zdrowy jest - jeśli tylko w to wierzy - w ramionach Boskiej opatrzności.
Bp Czaja dzielił się też doświadczeniem - jak to określił - życia duszy, które otrzymał, będąc w śpiączce. - Kiedy pytamy o to, jak żyć, żeby dobrze umrzeć, dwie rzeczy są szczególnie istotne: żyć w zjednoczeniu z Bogiem, w jedności, w relacji z Nim, a jednocześnie ze świadomością, że tym, co zostanie, kiedy ciało umrze, jest dusza nieśmiertelna. O duszę trzeba bardziej zadbać, a my dzisiaj za mało troszczymy się o rozwój duchowy. Jestem świadkiem tego, że dusza żyje, nawet gdy zmysły nie funkcjonują. Nawet nie umiem tego do końca wyjaśnić. Moce ciemności atakują. Zły duch robi wszystko, żeby zawalczyć o każdą ludzką duszę i robi to perfidnie. Jego przyjście od razu stwarza pewną trwogę, lęk, brak poczucia bezpieczeństwa i to jest ważny moment, żeby człowiek nie zwątpił w Pana, żeby dusza choćby westchnęła do Pana i jest światło - tłumaczył. - To doświadczenie życia duszy we mnie owocuje tym, że nieraz łatwiej mi się pozbierać w trudnych chwilach. Gdy jest ciemno, trzeba przywołać Pana, bo przyjdzie jasność - mówił biskup.
Z kolei ks. Olszar przypomniał słowa s. Dulcissimy (która - jak policzył - przeżyła w sumie 9597 dni albo 231 147 godzin) o tym, że budujemy mosty między ziemią a niebem i na tych mostach nie możemy postawić domu, bo te mosty mają być tylko naszym przejściem. - Jak żyć, żeby dobrze umrzeć? Wydaje mi się, że ważne są budowanie relacji i autentyczność, czyli dbanie o bliskich teraz, życie w zgodzie ze sobą, wybaczanie, jak najwięcej wybaczania. Jakieś praktyczne też przygotowanie, czyli rozmowy o końcu życia i załatwienie formalności. Trzeba zaakceptować śmiertelność i mieć ducha i wiarę w sobie - wyliczał.
W rozmowie świadectwem uzdrowienia podzielił się M. Szweda, który w 2024 r. przeżył wypadek drogowy, choć sytuacja wydawała się beznadziejna. - Z opowieści znajomych wiem, że jechaliśmy wieczorem i inny kierowca wymusił na nas pierwszeństwo. Uderzyliśmy w jego samochód, później jeszcze w dwa następne. Wypadłem z samochodu przez tylne okno i obudziłem się dopiero po 10 dniach w szpitalu. W tamtym czasie miałem tak, jak o doświadczeniu s. Dulcissimy opowiadała s. Małgorzata Cur, że ona walczyła z demonami. Też tak się czułem, śnili mi się terroryści, którzy wchodzi i niszczyli wszystko - opowiadał Mateusz. Jego bliscy zwrócili się o pomoc do służebnicy Bożej s. Dulcissimy. - Moja kuzynka dowiedziała się od swojego księdza proboszcza, że moja rodzina powinna pojechać do Brzezia i modlić się o moje zdrowie za wstawiennictwem s. Dulcissimy. No i podziałało - mówił, dodając, że pod jego poduszkę bliscy włożyli grudkę ziemi z grobu służebnicy Bożej z raciborskiego Brzezia.
- Trzeba nam dzisiaj żyć życiem duszy. Więcej troszczyć się o rozwój duchowy. Żyć bardziej niebem, do którego zdążamy, niż doczesnością - podpowiadał bp Czaja u końca rozmowy.








