Jednym z tradycyjnych punktów podczas Spotkania Młodych w Wołczynie są rozmowy z zaproszonymi gośćmi. Ich opowieści i świadectwa często inspirują, a nawet otwierają oczy, bo nieraz ukazują mniej znane oblicze Kościoła. Tak było i tym razem, gdy we wtorek 14 lipca gościem młodzieży był brat Maciej Jabłoński OFMCap., który od 2018 roku pracuje na misjach w Republice Środkowoafrykańskiej. Jest proboszczem i gwardianem trzyosobowej wspólnoty kapucyńskiej w Ngaoundaye.
Zatem tuż po warsztatach rozwojowych, a przed zapowiedzianymi przez organizatorów lodami i całym wieczornym blokiem wydarzeń, młodzi rozsiedli się na zielonej murawie u wejścia na pole namiotowe. Brat Maciej usiadł przed nimi na niewielkim podeście. Mówi, że tak właśnie lubi siadać na schodach przed swoim domem w RŚA, by być dla tych, którzy przechodzą obok, choćby wracając z pracy w polu. Oczywiście pierwsze przybiegają dzieci, które ładują się na jedno i drugie kolano, a jak tam braknie miejsca, to i na barki się wdrapią.
Brat Maciej opowiadał o realiach życia w jednym z najbiedniejszych krajów świata, który jednocześnie naznaczony jest zniszczeniami wojennymi. - Mamy jakieś wyobrażenia, ale to są tylko nasze wyobrażenia. Tam jest zupełnie inny świat, zupełnie inne życie. Na co dzień trwa walka o przetrwanie. Po ośmiu latach zaczynam rozumieć, że nie chodzi o to, bym tam robił różne rzeczy po swojemu, ale bym uczył się słuchać i był z tymi ludźmi, a będąc z nimi z czasem będę też dla nich - dzielił się br. Maciej. Tłumaczył, że na chwilę obecną funkcjonuje tam aż 14 grup rebelianckich. - I wiecie, to nie jest rebelia w imię wartości, jak Robin Hood, ale grupy mafijne, dobrze uzbrojone, często sponsorowane przez ISIS, czyli Państwo Islamskie. Amunicji mają tyle, że jak wpadają na wioskę, to nie tak, że trzy razy strzelą z kapiszona, ale naparzają przez godzinę ze wszystkiego, co mają. Można ich podnająć, oni przyjdą, wyrżną sąsiada, z którym masz zatarg, jego rodzinę i przy okazji pół wioski spalą - opowiadał.
Tłumaczył, jak trudno tam się czegoś dorobić, bo w każdej chwili może przyjść zagrożenie i konieczna będzie nagła ucieczka z domu. - Nam dom kojarzy się z czymś dobrym i bezpiecznym, a tam w pewnym momencie stwierdzasz, że bezpieczniej zostawić dom i wszystko, co masz, i uciec z rodziną w krzaki, żeby cię nie spalili, nie zabili. Zostaje ci tylko to, co masz przy sobie. Masz wyzerowane życie i zaczynasz od nowa. I to nie jest pierwszy raz w twoim życiu. Próbuję nakreślić wam, co to znaczy bieda - mówił.
Opowiadał o duszpasterstwie w parafii, w której 20 kościołów rozsianych jest na górskim terytorium ciągnącym się przez 100 kilometrów, i to w kraju, w którym prąd jest tylko w stolicy. Brak prądu, brak bieżącej wody i brak asfaltowych dróg to tamtejsza codzienność.
- Nie spotkałem w Afryce ludzi, którzy powiedzieliby, że nie wierzą. Oni mają duże pragnienie Pana Boga. Doświadczają, jak bardzo kruche jest ich życie, jak niewiele od nich zależy. Większość, 90 proc. to chrześcijanie, choć niekoniecznie katolicy. Katolików jest 15 proc. Najważniejsze jest to, że wszyscy mamy odniesienie do Pana Boga i w tym możemy się spotkać - tłumaczył.
Mówił, że nie zna się na ślubach, bo jego parafianie nie chcą się żenić i za mąż wychodzić, nie zna się na pogrzebach, bo jak dziennie umiera 50 osób, to ludzie sami grzebią swoich bliskich. Ale zna się na chrztach. - Mamy przygotowanie do chrztu, które trwa trzy lata. Najczęściej podejmują je nastolatkowie czy dwudziestolatkowie. Ważne, żeby najpierw poznali język sango, urzędowy język w RŚA, w którym sprawowana jest liturgia, żeby mogli zrozumieć Ewangelię. W tym roku na Wielkanoc u mnie w kościele ochrzciłem 88 osób - mówił misjonarz.
Jego opowieść była nie tylko o duszpasterstwie, ale też o szkole i ośrodku zdrowia. - To, że przyjdzie biały człowiek i da kasę, nie rozwiąże wszystkich problemów. Najważniejsze jest, żeby pomóc ludziom pójść do przodu, a w kraju, w którym jest 80 proc. analfabetów, tym pójściem do przodu jest edukacja, która poszerza horyzonty i daje nowe perspektywy życia. Rok nauki kosztuje 100 zł, więc u mnie 12-letnie dzieciaki pracują na szkołę. Przychodzą na 7 rano i do południa rąbią drewno. Dostają za to 3 euro czyli 12 zł, żeby uzbierać na szkołę. Opłacam rocznie szkołę dla 300 dzieci. To dzieje się dzięki takim akcjom, jak „Wyślij pączka do Afryki” - podsumował br. Maciej, zachęcając do wspierania kapucyńskich misji.
W RŚA pracuje w szpitalu. - Realia są tam brutalne, bo jak nie masz pieniędzy na leczenie, to umierasz. Dlatego otworzyłem dom ulgi w cierpieniu, taki SOR, gdzie leki są na miejscu. Nie trzeba ich wydzielać, kombinować. Wszystko jest na miejscu. Jak dziecko umiera, to biorę je na ręce i wychodzę spotkać się z jego matką i przyjąć na klatę jej płacz. Miałem 18-letniego pacjenta, którego nie zapomnę nigdy. Pękło mu jelito, trzeba było zrobić resekcję, ale weszła infekcja, otworzyły się rany, na blok nie można było wrócić, bo nie wytrzymałby narkozy. Nie masz opcji, po prostu się modlisz i podajesz leki, ale myślisz sobie, że na 99,9 proc. umrze. On też to czuł i poprosił mnie o chrzest. Zapytałem, czy kocha Pana Boga. Odpowiedział, że tak. Ochrzciłem go, a dwie godziny później umarł - wspominał brat Maciej.
Opowiedział też o najmniejszym dziecku, które ochrzcił, a które mieściło się na dłoni. - To była ciąża pozamaciczna. Wyjąłem małego człowieczka, który nie ważył 200 gramów. To był chłopczyk i pierwsze imię, jakie przyszło mi na myśl, to Innocent, które po francusku znaczy „niewinny”. Udzieliłem mu chrztu, wokół wszyscy byli w szoku. Położyłem go obok narzędzi chirurgicznych, na gazie, to było jego pierwsze i ostatnie łóżeczko. Tam właśnie umarł, kiedy operowałem jego mamę. Potem rodzinie powiedziałem, żeby wzięli go i pochowali, a ja po powrocie do domu wpisałem go do Księgi Chrztów. Będzie po nim ślad. Wieczorem podczas modlitwy pomyślałem: „Młody, ty jesteś w niebie. Zdajesz sobie sprawę, że dzisiaj uratowałem twoją mamę, więc masz obowiązek się za mnie modlić, masz mnie pilnować”. Doświadczenie wielu takich małych świętych daje mi poczucie siły w tym, co robię - dzielił się.
Młodzież miała wiele pytań do misjonarza.
Anna Kwaśnicka /Foto Gość
Po oficjalnej części spotkania młodzi otoczyli misjonarza, dopytując o kolejne szczegóły jego posługi w Afryce. Inni wybrali się na serwowane przez kapucynów cappucino, z którego dochód przekazany zostanie właśnie na misje.









