To jest mój ostatni tekst do „Gościa Opolskiego”, ponieważ przechodzę właśnie na emeryturę i zdecydowałem, że 31 lat i pół roku pisania na tych łamach wystarczy. Ucinam ewentualne spekulacje: decyzję, że w tym punkcie robię „stop” podjąłem sam, bez żadnych sugestii czy nacisków.
Przede wszystkim chcę podziękować tym, którzy w ciągu tych lat byli dla mnie życzliwi, otwarci, szczerzy, a nawet serdeczni. To zarówno Czytelnicy jak i bohaterowie tekstów, które pisałem, oraz ludzie, którzy na tzw. reporterskich drogach okazali mi swoje dobre serce i sympatię. Wspomnienie tych spotkań – często już zatartych w szczegółach, ale utrwalonych w emocjach - jest dla mnie ważne i pozostanie ze mną. Dziękuję.
Za wiele dobrych chwil jestem wdzięczny ludziom, z którymi przez długie lata współpracowałem w opolskiej redakcji: śp. Teresie Sienkiewicz-Miś, śp. ks. Tomaszowi Horakowi i ks. Zbigniewowi Zalewskiemu. A także – najoczywiściej w świecie! - moim obecnym koleżankom: Annie Kwaśnickiej i Karinie Grytz-Jurkowskiej! Cud, że wytrzymały ze mną jako „kolegą kierownikiem redakcji” (czy ktoś tu jeszcze pamięta słynny kabaret Jacka Fedorowicza „60 minut na godzinę”?). Mojej rodzinie – Joli, Marcie, Janowi - którzy udoskonalili się w cnocie wyrozumiałości mając za męża i ojca dziennikarza „Gościa”, nie wiem co powiedzieć…
A co z nieżyczliwymi? Owszem, tacy też bywali i pewnie nadal są. Na szczęście udało mi się jakoś – bo czas naprawdę leczy – żal zrodzony przez niechęć gdzieś rozproszyć. Nie noszę tego ciężaru ze sobą.
Praca w „Gościu Niedzielnym” zajęła niemal połowę mojego życia, a życia zawodowego prawie cztery piąte. Dziennikarstwo i praca redakcyjna pożera, pochłania człowieka, a dziennikarze umierają szybko – ostrzegał nas w latach 90. ubiegłego wieku ówczesny redaktor naczelny „Gościa” ks. Stanisław Tkocz. Udało mi się dociągnąć do emerytury i nie wiem czy śp. ks. Tkocz nie podsumowałby tego ironicznie, że widocznie się do roboty nie przykładałem.
Zatem kończę pracę w czołowym polskim tygodniku katolickim i muszę powiedzieć, że z poczuciem przegranej. Już tłumaczę. Mam takie poczucie, bo prasa - nie tylko katolicka i kościelna – ma dzisiaj o wiele mniejsze znaczenie, niż wtedy, gdy zaczynałem pracować. A także dlatego, że zaufanie i wiarygodność Kościoła – którym z założenia nasz tygodnik służy – są na poziomie niskim. Wyraźnie niższym niż wtedy, gdy startowałem. Stąd to poczucie przegranej. Oczywiście nie dlatego, że w procesach, które doprowadziły do tego stanu odgrywałem jakąkolwiek rolę. Aż tak wybujałego ego nie mam! Ale jednak przez połowę życia byłem trybikiem tego mechanizmu.
To jednak nie oznacza, że myślę o życiu zawodowym jako o porażce. Tu z pomocą przychodzi mi - po raz nie wiem który - metafora futbolowa. Bo futbol odsłania rzeczy ostateczne. By sięgnąć po przykład najświeższy i wręcz doskonały - Republika Zielonego Przylądka, Cabo Verde. Reprezentacja wysp mających pół miliona mieszkańców, która przegrywa w fazie pucharowej mundialu po dogrywce z mistrzem świata Argentyną 2:3. I to grając doskonale, po pięknych bramkach! Drużyna piłkarzy grających gdzieś w słabszych ligach, w ligach drugich, niektórzy bez klubów… Z 40-letnim bramkarzem o twarzy starca, który kilka razy broni sytuacje sam na sam z najlepszym piłkarzem świata Leo Messim. Tak przy okazji: wartość całej drużyny Cabo Verde wyceniana jest na 50 mln, a jeden tylko Julián Álvarez, napastnik Argentyny - na milionów 100…
A jednak po meczu nikt nie mówił o Argentynie, geniuszu Messiego czy Álvareza, ale cały świat zachwycał się grą i postawą ekipy Wysp Zielonego Przylądka. A zatem: kto tu był naprawdę zwycięzcą?
A jeśli przykład argentyński Was nie przekonuje (choć był to mecz niesamowity, to postawa Argentyńczyków w finale mundialu rzeczywiście może zrazić do jakiegokolwiek rozważania o tym zespole) to zapytam inaczej: jaka drużyna jako jedyna nie przegrała na mundialu z Hiszpanią, aktualnym mistrzem świata i jako jedyna nie pozwoliła im strzelić sobie gola?
W tym moja nadzieja. Że historia drużyny Zielonego Przylądka jest przypowieścią o historii każdego z nas. Nawet przegrane okażą się zwycięstwem. Jeśli się staraliśmy, mieliśmy dobrą wolę, a chwilami bardzo dobre – a może nawet znakomite - momenty (gry, pracy, życia).
Ktoś kiedyś powinien napisać „Ewangelię futbolu”, a ja teraz przypomnę jeszcze, że coś w tym duchu siedemset lat temu mówił Mistrz Eckhart, mistyk nadreński: „Na Boga! Bądźcie równie pewni jak tego, że Bóg żyje: najmniejszy dobry uczynek, najmniejszy przejaw dobrej woli, najmniejsze dobre pragnienie tak raduje wszystkich świętych nieba i ziemi oraz wszystkich aniołów, że cały świat nie zdoła dostarczyć tak wielkiej radości (…). A przecież cała ta radość razem wzięta jest jak ziarnko soczewicy, gdy porównamy ją z tą, jakiej Bóg doznaje z takiego uczynku”.
Bez przesadnej skromności napiszę: miałem i ja takie dobre momenty w „Gościu”. Myślę na przykład o tym, że pisałem trochę – owszem, nieraz w poczuciu bezradności czy nawet desperacji i wbrew kościelnemu mainstreamowi– o tym, co moim zdaniem zagraża Kościołowi, co jest największym ciosem dla Jego wiarygodności czyli zaufania jakim obdarzają Go ludzie. Bywałem na łamach „Gościa” krytyczny wobec tego, co się w Kościele w Polsce działo. Nie czuję żadnej satysfakcji - nawet gorzkiej - że niestety sprawdziło się wiele z czarnych scenariuszy. Oczywiście nie będę w tej chwili powtarzał tych kwestii, ale muszę i chcę dodać dla jasności, że mistrzem i przewodnikiem w myśleniu o nich był i jest dla mnie nadal ks. Józef Tischner. Ważne i przełomowe było dla mnie także dramatyczne doświadczenie Kościoła w Irlandii, które miałem okazję obserwować i opisywać jako reporter.
Były te moje dziennikarskie niezłe momenty oczywiście jak pisk kościelnej myszki dochodzący gdzieś z zakamarka filialnego kościoła na rubieżach diecezji. Ale ten pisk był. Wydałem go z siebie. Z tego jestem zadowolony.
Zaczynam wpadać w ton wspominkowy, a to oznacza, że trzeba kończyć ten tekst ostatni. Odmeldowuję się. Dziękuję.








