Kawa na froncie

Anna Kwaśnicka

|

Gość Opolski 29/2015

publikacja 16.07.2015 00:00

W strefie wojny toczącej się na wschodzie Ukrainy był już trzy razy. W sierpniu znów chciałby pojechać do żołnierzy.

 To dla Huberta Kampy bardzo cenne pamiątki: naszywka batalionu,  Medal Kapelana i gwiazdka z munduru To dla Huberta Kampy bardzo cenne pamiątki: naszywka batalionu, Medal Kapelana i gwiazdka z munduru
Anna Kwaśnicka /Foto Gość

Silniejsze od tego, co tam widzisz, i silniejsze od lęku, że możesz w każdej chwili zginąć, jest to, że przyjazd do żołnierzy, nawet na kilka godzin, daje im ogromne wsparcie – mówi Hubert Kampa z Dąbrówki Łubniańskiej, który jest wolontariuszem kijowskiej Fundacji „Elios – Milist”. To organizacja pomagająca nie tylko wojsku, ale i rodzinom żołnierzy, sierotom, a także rannym. – Działalność fundacji opiera się na kontakcie z potrzebującym, rozeznaniu jego potrzeb. Przykładowo w tej chwili załatwiamy możliwość odbycia studiów w Polsce żołnierzowi, który był dwukrotnie ranny. Nauczył się polskiego i chce studiować turystykę – wyjaśnia Hubert Kampa.

Zaczęło się od ikony

A raczej od Międzynarodowego Pleneru Ikonograficznego „Miłosierdzie w ikonie”, który pod koniec 2014 roku odbył się w Kijowie, w klasztorze św. Michała Archanioła, tuż przy Majdanie.

To wtedy, pod wpływem obejrzanej wystawy, na której prezentowane były osobiste rzeczy ukraińskich żołnierzy, Hubert Kampa stworzył dla nich ikonę. – Poruszyło mnie zniszczone Pismo Święte, oparte o przestrzelony hełm. Ta Biblia jest mocno nadpalona, zakrwawiona. Widać na niej wypalone ślady trzymających je dłoni – opowiada i dodaje, że karty Księgi otwarte są na  6. rozdziale Ewangelii według św. Marka. – To opis sceny, gdy w czasie burzy na jeziorze do apostołów przychodzi Jezus i mówi: „Odwagi, to Ja jestem. Nie bójcie się”. Tę scenę zobrazowałem na ikonie – wyjaśnia. Pod wpływem spontanicznej propozycji ks. Siergija Dmitrieva Hubert Kampa przerwał plener i wraz z duchownym pojechał w strefę wojny. – Bałem się tej wyprawy. Podróż była długa i męcząca. Ale gdy w czasie wspólnej modlitwy z żołnierzami przekazałem im niewielką ikonę, zobaczyłem, jak na nią patrzą i jak przejęli się jej przesłaniem: „Nie bójcie się”. Okazało się, że kilka godzin wcześniej był wypadek, w którym zginął jeden z żołnierzy. Inny młody żołnierz, który dopiero trzeci miesiąc był w armii, widział to tragiczne zdarzenie i mocno je przeżywał. Po modlitwie podszedł do mnie i podziękował, bo poczuł wsparcie – opowiada Hubert Kampa. I przyznaje, że wtedy obudziło się w nim pragnienie pomagania żołnierzom.

Brakuje im niemal wszystkiego

Jadąc na tereny objęte wojną, w okolice Artimowska w obwodzie donieckim, wyobrażał sobie dobrze zorganizowaną armię, robiącą wrażenie, jak choćby armia amerykańska. Tymczasem spotkał prostych chłopaków, którzy walczą w niejednakowych mundurach, którzy czują się opuszczeni przez państwo i lękają o swój los. Często brakuje im bielizny czy butów, w sztabach brakuje komputerów. – Ujęły mnie ich ogromne pragnienie obecności kapłana, ich szacunek do liturgii i religijnych przedmiotów. Gdy ks. Siergii oblewał ich wodą święconą, to na ich twarzach widziałem ulgę – opowiada Hubert Kampa. Przyznaje, że choć to nie była długa wizyta, to jednak przeżycia odcisnęły w nim trwały ślad. Ceni sobie naszywkę batalionu, którą dostał od dowódcy, i gwiazdkę z munduru podpułkownika. Z uśmiechem wspomina prostą kolację, kiedy w sztabie na plastikowych talerzykach zaserwowano specjalnie upolowanego zająca.

Kiedy wrócił do Polski, nie zapomniał o ukraińskich żołnierzach, z którymi tak dobrze rozmawiało mu się po polsku. Wielu z tych, których poznał, jest z okolic Wołynia i rozumie język polski. A gdy dotarła do niego wiadomość, że brakuje sprzętu: lunety obserwacyjnej, lornetek, długo się nie wahał. Rozpoczął zbiórkę, do której zaprosił osoby związane z jego pracownią ikonograficzną. Udało mu się zebrać potrzebną kwotę na sprzęt, a także sporo czekolad. – Święta Bożego Narodzenia w prawosławiu są dwa tygodnie później niż u nas. Dlatego spokojnie mogłem przed 6 stycznia pojechać do Kijowa, a stamtąd wyruszyć z ks. Dmitrievem w kolejną podróż do żołnierzy – mówi. I dodaje: – Wcześniej jednego z dowódców pytałem, co mam mu przywieźć. Odpisał mi: „Hubert, nic nie trzeba. Najlepszym prezentem będzie twój przyjazd na kawę”. Ujęło mnie to, że mógł wykorzystać sytuację i poprosić o wiele, bo wtedy potrzeby były duże. To był dopiero początek pomocy kierowanej do żołnierzy. A jemu zależało na tym, byśmy po prostu mogli się spotkać.

Święta na wojnie

– Dostałem z Ziemi Świętej kamień z Groty Bożego Narodzenia, rozbiłem go na drobne kawałki. Umieściłem je w niewielkich puszeczkach i rozdawałem żołnierzom. Później okazało się, że jeden z żołnierzy miał ten kamyk przy sobie w czasie ostrzelania. Wszystko wokół niego płonęło, a on czekał na śmierć. Opowiada, że wyjął z kamizelki kamyk i modlił się. Nic poważnego mu się nie stało – opowiada Hubert Kampa. Mówi, że żołnierze podobnie cenią sobie otrzymane małe ikony, które noszą przy sobie, a w przypadku szybkiej ewakuacji zabierają jako pierwsze. Na Wielkanoc też pojechał, już po raz trzeci. – Podczas tej wizyty byłem świadkiem, jak ks. Siergijowi wręczany był Medal Kapelana. Nie potrafię opisać, jak bardzo byłem zszokowany, gdy taki sam medal i ja dostałem, choć duchownym nie jestem. To nagroda, która wiele dla mnie znaczy, to symbol tego, że żołnierze mi ufają. Dlatego myślę już nie tylko o pomocy materialnej, ale i duchowej, modlitewnej – przyznaje wolontariusz.

Z kilkoma żołnierzami utrzymuje regularny kontakt internetowy. Zna doniesienia z frontu, na potrzeby reaguje szybko. Wysyła choćby potrzebne leki. Zajął się też organizacją wystawy „Modlitwa za Ukrainę”. – Gdy opowiadam żołnierzom, że w Polsce modlimy się za nich, mają łzy w oczach – podkreśla.