Zaprośmy ich na kawę

Andrzej Kerner

|

Gość Opolski 31/2015

publikacja 30.07.2015 01:35

Uchodźcy. Syryjczycy składają naprawdę niezwykłe świadectwo chrześcijańskie. Przyjmijmy ich serdecznie.

Siostry prowadzą zajęcia  szkolne z dziećmi na podwórzu szkoły w Aleppo. Szkoła jest zajęta przez rodziny, które straciły dom Siostry prowadzą zajęcia szkolne z dziećmi na podwórzu szkoły w Aleppo. Szkoła jest zajęta przez rodziny, które straciły dom
FMM Aleppo

Damaszek, Homs, Hassake, Rakka. Nazwy tych syryjskich miast w ostatnich latach brzmiały źle, bardzo źle, złowrogo. Zwłaszcza Rakka, położona na północy kraju, nad Eufratem, która dzisiaj jest kwaterą główną tzw. Państwa Islamskiego (IS). W tych czterech miastach ponad 20 lat przeżyła s. Brygida Maniurka, pochodząca z Łagiewnik Małych franciszkanka misjonarka Maryi (FMM). Po trzech i pół roku kontaktów internetowych wreszcie mam okazję spotkać ją osobiście. A ponieważ widzimy się w przeddzień przyjazdu do nas pierwszej chrześcijańskiej rodziny, uchodźców z Syrii, temat rozmowy narzuca się sam.

Ich świadectwo jest niezwykłe

– Cieszę się i jestem dumna, że właśnie moja diecezja opolska przyjmie Syryjczyków – mówi s. Brygida, komentując fakt, że nasza diecezja jako jedyna w Polsce zadeklarowała przyjęcie 50 rodzin uciekających z Syrii przed wojną i terrorystami IS.

– Syryjczycy składają naprawdę niezwykłe świadectwo chrześcijańskie, choć są to zwykli ludzie. Ich wiara jest prosta, nieskomplikowana, ale odważna, zdecydowana. Mogliby przejść na islam, ale przez cztery lata wojny nie zrobili tego mimo zagrożenia życia czy utraty mienia. Mieli odwagę zostać chrześcijanami mimo wszystko. Wybierają niepewny i dramatyczny los uchodźców. Dla wiary w Chrystusa są na to gotowi. Rozumiem, że życie w Polsce też nie jest łatwe, ale uważam, że przyjęcie ich to jest nasza powinność, jeżeli czujemy się solidarni z naszymi braćmi i siostrami w wierze – opowiada o syryjskich chrześcijanach s. Brygida. – Korzenie chrześcijańskie w Syrii mają dwa tysiące lat, chrześcijanie są tam od początków Kościoła. Warto pamiętać, że oni z taką właśnie tradycją do nas przyjeżdżają. Żyjąc w społeczności islamskiej, dobrze znają swoją tożsamość i znają też tożsamość islamu. W Syrii często zdarza się, że jedno dziecko chrześcijańskie przypada na jedną klasę albo nawet na całą szkołę. Gdyby chcieli przejść na islam, zrobiliby to tam – odpowiada siostra franciszkanka na wyrażane niekiedy obawy o to, czy uchodźcy nie staną się w Polsce ukrytymi zwolennikami IS.

Nigdy nie spotkałam się z wrogością

Trudno uznać siostrę Brygidę za egzaltowaną, oderwaną od realiów życia zakonnicę. Przez ostatnie lata była ekonomką prowincji bliskowschodniej swojego zgromadzenia, obejmującej Izrael, Egipt, Jordanię, Liban i Syrię. Kłopotów na głowie aż nadto! Dwa domy zgromadzenia siostry w Syrii musiały opuścić: jeden klasztor w Rakka, zajęty przez nieznaną im rodzinę muzułmańską, drugi w Hassake, z którym nawet nie wiadomo, co się dzieje. Z

akonnice też musiały stamtąd wyjechać, a kontaktu z miastem nie ma. Siostry w Aleppo – już nazywanym Sarajewem naszego wieku – heroicznie mimo niebezpieczeństw i bombardowań służą mieszkańcom: razem z JRS, jezuicką służbą uchodźcom, dożywiają codziennie kilkanaście tysięcy osób, prowadzą zajęcia szkolne, opiekują się rodzinami bez domu. Jednak siostra opowiada o latach spędzonych w Syrii, o swojej pracy, ludziach, spotkaniach, jako o czasie uprzywilejowanym, szczęśliwym. Mówiąc o wojnie, nie wznieca tonów emocjonalnych. – Ludzie mimo wojny próbują żyć normalnie, na ile sytuacja im na to pozwala – tłumaczy. O niebezpiecznych wyprawach do Aleppo w czasie wojny też mówi spokojnie, choć towarzyszy im lęk. – Nie jechałabym tam dla turystyki, przyjemności czy ciekawości. To sprawa hierarchii wartości. Jeżdżę tam, bo przedkładam moje obowiązki ekonomki prowincji (wizytacja naszych domów i wspólnot), więź z siostrami mojego zgromadzenia żyjącymi w Syrii, troskę o nie i potrzebę wsparcia ich nad własne bezpieczeństwo – tłumaczy. Opowiada o rzeczach ważnych, choć rzadziej docierających do opinii publicznej. – Nigdy przez te 20 lat nie spotkałam się z wojującymi islamistami, z jakimś wyrazem niechęci do mnie jako katolickiej siostry – podkreśla.

Z najbiedniejszymi

W Hassake, z którego ostatnio w popłochu przed IS uciekały tysiące chrześcijan, założyła ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych i opóźnionych w rozwoju intelektualnym. To ciekawa rzecz, bo daje obraz współżycia różnych wspólnot chrześcijańskich i całego społeczeństwa w Syrii. – Założyliśmy ten ośrodek razem z młodzieżą z różnych Kościołów obrządków wschodnich, zarówno katolickich, jak i prawosławnych na terenie należącym do Kościoła syryjsko-katolickiego. Przyjmowaliśmy dzieci upośledzone bez względu na religię czy narodowość: syryjskie, kurdyjskie, ormiańskie. Najwięcej oczywiście było dzieci muzułmanów, bo oni są większością społeczeństwa – opowiada misjonarka.

Kiedy ośrodek w Hassake mocno stanął na nogach, posłano ją do Rakka. Tamtejszy, podobny, mocno rozbudowała. Otworzyła cztery nowe oddziały: logopedię, terapię zajęciową, pedagogikę specjalną, pracownię robót ręcznych dla osób starszych. – Bardzo pomogła nam w tym ambasada polska, wsparcia udzieliło wielu ludzi, a my tylko zbierałyśmy laury – śmieje się siostra. Skromność, prostota, dystans do siebie i swoich dokonań – to, co kocham w ludziach najbardziej. W ogóle już nie dziwię się temu, co siostra opowiada o klasztorze, w którym obecnie żyje – w Ammanie, stolicy Jordanii. Jedno piętro domu – bądź co bądź siedziby władz prowincji – zajmują rodziny uchodźców z Syrii, których siostry przyjmują pod swój dach, bo inaczej… nie można. W Jordanii przebywa około półtora miliona Syryjczyków. – Część z nich głoduje. My trochę problemów mamy z wodą, bo dochodzi do naszego klasztoru raz w tygodniu – mówi s. Brygida. Ale to margines opowieści. Kilka razy dłużej opowiada np. o Jasmine, która – osierocona – opiekuje się swoimi dwiema niepełnosprawnymi siostrami. I o innych ludziach, znanych z imienia i z problemów, jakie przeżywają.

Zasiew krwi

Jeśli dobrze przyjrzeć się temu, co mówi siostra Brygida, to właściwą reakcją jest osłupienie, a co najmniej zdziwienie. Bo opowiada o nadziei, którą niesie… wojna w Syrii. – Młodzież chrześcijańska i muzułmańska w Aleppo i w Damaszku współpracuje, pomagając ludziom. To wielka nadzieja na przyszłość. Tego przed wojną nie było. Wszędzie widać wiele solidarności między ludźmi. Wierzę, że z całego tragizmu i okrucieństwa, z krwi tak wielu męczenników obudzi się jakaś nowa świeżość chrześcijaństwa. Owoce męczeństwa na Bliskim Wschodzie będzie zbierał cały Kościół – mówi siostra. Myślę o wierze tej drobnej, ale mocnej kobiety. Czym karmi się jej zaufanie mimo obrazów takiego tryumfu zła, jakie dochodzą choćby z jej ukochanej Rakki? Odpuszczam sobie próbę pojęcia, dlaczego s. Brygida mówi o dobru, a zło, cierpienie, okrucieństwo pozostawia bez słów.

Czego potrzebują syryjscy uchodźcy?

– Myślę, że oni się w naszych kościołach bardzo dobrze odnajdą, mimo że będą z obrządków wschodnich. Zwłaszcza jeśli są z Damaszku. Do kościoła łacińskiego przychodzi tam wielu chrześcijan Kościołów wschodnich: syryjskich, ormiańskich, maronitów itd. Może im trochę brakować bogactwa liturgii wschodniej: śpiewów kadzidła, ruchu – mówi s. Brygida o mających przybyć do naszej diecezji Syryjczykach. Oni sami zaś raczej nie powinni swoimi zachowaniami liturgicznymi wzbudzać konsternacji. – Ubierają się po europejsku. Jeśli chodzi o gesty liturgiczne, to najbardziej odmienne od naszych mogą być delikatne skłony głową, które robią w czasie modlitwy. Prawosławni robią znak krzyża trzema palcami dłoni i zaczynają od prawego ramienia, ale myślę, że po prostu przystosują się do tutejszych zachowań – mówi. – Najbardziej może im tu brakować bliskich relacji społecznych. Tam ludzie żyją bardzo blisko siebie, często się odwiedzają. I tego najbardziej będą potrzebowali: zainteresowania, życzliwości, otwartego serca, pomocy w zwykłych sprawach. Po prostu ludzkich relacji. Nie chodzi o rzeczy trudne. Dobrze byłoby na przykład zaprosić ich na kawę, herbatę i porozmawiać. Jeśli z naszej strony będzie dobra wola i dobroć serca dla nich, to będą szczęśliwi. Tylko trzeba wiedzieć, że kiedy proponuje się dajmy na to kawę, to trzeba zapytać dwa razy. Bo w ich kulturze zawsze za pierwszym razem wypada odmówić – opowiada franciszkanka. Siostra uważa też, że warto zapraszać Syryjczyków na spotkania grup i ruchów religijnych w parafiach. – Powinni bardzo chętnie przyjść. W naszym klasztorze uchodźcy licznie uczestniczą w spotkaniach katechetycznych czy biblijnych. A poza tym mogą być dla naszych wiernych także wspaniałymi świadkami wiary – podsumowuje s. Brygida Maniurka. A ja mam nadzieję, że dwaj syryjscy chłopcy, synowie Shadiego z Damaszku, którzy zamieszkali w Głogówku, nie będą kopali piłki tylko między sobą, ale wkrótce będą biegać za futbolówką razem z miejscowymi kolegami.

Witajcie – ahlan wa sahlan

„Ahlan” po arabsku znaczy rodzina, „sahel” – łatwy. Jeżeli mówimy komuś „ahlan wa sahlan” – to wyrażamy życzenie, żeby środowisko, do którego wchodzi, było dla niego rodziną i żeby było mu w nim łatwo, dobrze. Imię Jezusa syryjscy chrześcijanie wymawiają „Jesua” (natomiast muzułmanie jako „Aisa”). Chrześcijanie używają także słowa „El Masih”, co znaczy Chrystus, czyli tak jak po grecku – namaszczony. Natomiast jeśli chcemy komuś powiedzieć: „Niech nasz Pan wam błogosławi”, mówimy: „Rabna jubarykukom” – tłumaczy s. Brygida Maniurka.