Moc wolności

Andrzej Kerner

|

Gość Opolski 17/2017

publikacja 27.04.2017 00:00

Hardość, siła ducha, odwaga, niekiedy brawura. Historie ucieczek jenieckich z Lamsdorf.

▲	Dr Piotr Stanek, kierownik działu naukowo-badawczego CMJW. ▲ Dr Piotr Stanek, kierownik działu naukowo-badawczego CMJW.
Andrzej Kerner /Foto Gość

Czy można powiedzieć, że Kanadyjczyk Maurice Jolicoeur miał wyjątkowego pecha? Z obozu jenieckiego Lamsdorf (dziś: Łambinowice) uciekał co najmniej dwukrotnie. I docierał daleko od Śląska. Za pierwszym razem, kiedy razem z dwoma brytyjskimi marines uciekł z Arbeitskommando (oddziału roboczego obozu), dotarł do granicy ze Szwajcarią. Przez 25 dni ukrywali się, przez 25 nocy maszerowali. Posilali się warzywami kradzionymi po drodze z ogródków. W końcu złapał ich niemiecki patrol, SS brutalnie przesłuchało i wrócili do Stalagu VIII B Lamsdorf. Wkrótce Jolicoeur znów wydostaje się poza druty obozu i dociera na teren Węgier. Jednak tam myli pociągi i dojeżdża przez Rumunię do Odessy, która była wtedy pod niemiecką okupacją. Znowu wpada i musi wracać do obozowych baraków w Lamsdorf.

Cyfry, liczby, ludzie

Kanadyjczyk był jednym z około 10 tys. jeńców, którzy w czasie wojny próbowali ucieczki z obozu. Dokładnych cyfr jednak nie da się ustalić. – To liczba szacunkowa, nie oddaje w pełni rzeczywistości. Niekiedy na konto ucieczki szły inne sytuacje, np. jeśli jeniec idący w kolumnie upadł z wycieńczenia, a strażnik go zastrzelił, kwalifikowano to jako „udaremnienie ucieczki”. Z drugiej strony niektóre ucieczki były tuszowane, bo strażnicy byli karani za nieupilnowanie jeńców – mówi dr Piotr Stanek, kierownik działu naukowo-badawczego Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu. Pominąć trzeba także powojenne konfabulacje niektórych jeńców. Mocno przesadził Brytyjczyk Horace Greasley, który w swoich wspomnieniach opublikowanych w książce chlubił się, że ponad 200 razy uciekał z Lamsdorf i… potem tam wracał, ponieważ uciekał tylko do ukochanej mieszkającej w okolicy. – Po śmierci Greasleya jego żona przyznawała, że bywał blagierem – wyjaśnia dr Stanek. Inna rzecz, że jeńcy rzeczywiście lubili mocno szarżować. Paul Willkinson, który robił potajemnie zdjęcia, zdołał zrobić jedno nawet podczas rewizji rzeczy osobistych przez strażników obozowych. Poszukiwali m.in. aparatów fotograficznych… Nawiasem mówiąc, robienie fotografii (do sfałszowanych dokumentów) było podstawą przy organizacji ucieczek. Inny jeniec – pochodzący z RPA – który wydostał się za druty dzięki temu, że koledzy upozorowali bójkę i tym odwrócili uwagę strażników, miał w sobie tyle zawadiackiej odwagi, że jeszcze podszedł do strażników i przebrany w mundur niemiecki krytykował bijących się Brytyjczyków za szaleństwo! Potem odszedł w stronę Sowina na stację kolejową, by odjechać pociągiem. W pierwszych latach wojny jako tako (w zależności m.in. od narodowości jeńca; najgorzej traktowano Rosjan) przestrzegano w Lamsdorf konwencji genewskiej uznającej moralne prawo jeńca wojennego do ucieczki i traktującej ją tylko jako przekroczenie dyscypliny obozowej. Jednak w marcu 1944 r. dowództwo Wehrmachtu wydało rozporządzenie o tzw. Kugel-Erlass („rozwiązanie kulkowe”), na mocy którego jeniec schwytany w czasie ucieczki miał być przekazywany do obozu koncentracyjnego albo praktycznie bez sądu rozstrzeliwany po ujęciu podczas próby ucieczki. – Nawet Brytyjczycy, którzy uciekali najchętniej, a część z nich dlatego, żeby pokazać swoją siłę i sprawność, żeby nie marnować czasu w niewoli, żeby mieć co opowiadać swoim krewnym, kolegom i znajomym, trochę wyhamowali swoje zapędy. Zanim wprowadzono to prawo, niektórzy uciekali z obozu, szybko dawali się złapać i wracali do niewoli w glorii bohaterów, mieli się czym popisać przed kolegami – tłumaczy dr Piotr Stanek, który ocenia, że Niemcom udało się schwytać ok. 80 proc. uciekinierów Brytyjczyków i ok. 66 proc. Polaków.

Uznany za zmarłego

Jedna z najbardziej dramatycznych historii ucieczek z Lamsdorf dotyczy trzech nastolatków – powstańców warszawskich. Janusz Sznytko (lat 17), Ireneusz Wiśniewski (lat 17) i Jan Lewandowski (lat 18) zaplanowali ucieczkę w pierwszych dniach listopada 1944. Po apelu wieczornym nie wrócili do baraku i zaczęli pokonywać ogrodzenie we wcześniej upatrzonym miejscu. Kiedy byli już blisko pokonania drutów zewnętrznych, pojawił się tam strażnik na rowerze i z psem. Pies zaczął szczekać. Strażnik zauważył młodych jeńców, unieruchomionych przez druty kolczaste, i z bliska zaczął do nich strzelać. Sznytko zginął na miejscu, Lewandowski został ranny i trafił do karceru, a Wiśniewski ciężko ranny i niedający oznak życia został uznany za zmarłego. Jednak jeńcy radzieccy, którzy mieli go pochować, zauważyli, że chłopak żyje. Odratowano go, nadano inne personalia i wkrótce wytransportowano do stalagu Gneixendorf w Austrii. Pech (?) chciał, że tam rozpoznał go funkcjonariusz, który jesienią ’44 był w Lamsdorf. Wiśniewskiego skazano na obóz koncentracyjny. Jednak w drodze do Mauthausen jego transport został ostrzelany przez aliantów. Młody powstaniec zbiegł w chaosie, który wtedy zapanował. I doczekał końca wojny. Niespodziewany zwrot akcji nastąpił także podczas ucieczki podpułkownika Douglasa Badera, słynnego pilota RAF-u. Jeszcze przed wojną stracił obydwie nogi i poruszał się dzięki protezom. Plan jego ucieczki z Lamsdorf przewidywał najpierw zamianę nieśmiertelników z innym jeńcem, szeregowcem. Dzięki temu udało mu się dostać do oddziału roboczego. Tam wraz z innymi planowali przejąć samoloty z pobliskiego lotniska i nimi uciec. Jednak Bader był jeńcem twardym i niepokornym, przed wydostaniem się z Lamsdorf złożył oficjalną skargę na panujące w obozie warunki. Niemcy przysłali komisję, żeby zbadać sprawę. Kiedy chcieli przesłuchać skarżącego się pułkownika, stanął przed nimi żołnierz o dwóch zdrowych nogach – szeregowiec, z którym Bader wymienił nieśmiertelniki – żołnierskie dowody tożsamości. Ucieczkę asa brytyjskiego lotnictwa udaremniono w ostatniej chwili.

Decydował humanitaryzm

Jak na uciekinierów reagowała okoliczna ludność? – Trudno tu wyznaczyć jeden wspólny mianownik. Nie decydowała o tym kwestia opcji narodowej: polskiej czy niemieckiej, ale humanitaryzm danej osoby. Mamy przykłady, że Polacy pomagali uciekinierom, a mamy i takie, że Polacy nie pomagali. To samo dotyczy ludności niemieckiej: jedni pomagali jeńcom uciekającym z obozu, a drudzy nie – mówi dr Stanek. Za pomoc w ujęciu uciekinierów radzieckich wypłacano 100 marek nagrody. Za jeńców innych narodowości – od 30 do 50 marek. – Aparat służb ścigających jeńców rozrastał się w ostatnich latach wojny, kiedy ucieczki znacznie się nasiliły – informuje historyk. Tu warto przytoczyć fakt, że niektórzy strażnicy obozu jenieckiego, a wśród nich mieszkańcy okolicy, m.in. Paweł Hauk z Przechodu i Jan Lisoń z Tułowic, współdziałali z jeńcami w budowie tuneli-podkopów budowanych jako drogi masowej ucieczki jeńców. Tunele to osobny rozdział w historii ucieczek z Lamsdorf. – Było kilka prób ucieczki za pomocą tuneli. Najbardziej zaawansowany technologicznie zbudowali Kanadyjczycy. Aby zamaskować ziemię wykopywaną z tunelu, założyli ogródek. Tak się te klomby i rabaty spodobały władzom obozowym, że jeden ze strażników dostał polecenie dostarczania Kanadyjczykom nasion i nawozu! Pracochłonny i zaawansowany technologicznie tunel, który był oświetlony i miał wentylację, został jednak zdekonspirowany po ucieczce kilku jeńców – opowiada dr Stanek. Niemcy tak byli zachwyceni jakością wykonania konspiracyjnej budowli, że z Berlina przyjechała specjalna komisja do sporządzenia dokumentacji fotograficznej. Potem tunel wysadzono. Nic jednak nie było w stanie powstrzymać jeńców przed próbami ucieczki. Jeszcze na kilka dni przed wyzwoleniem obozu uciekł z niego kapral Stanisław Lubański.