Zewangelizować cały świat

Anna Kwaśnicka Anna Kwaśnicka

|

Gość Opolski 31/2017

publikacja 03.08.2017 00:00

- Ktoś mi powiedział, że Bóg jest miłośnikiem procesów. Teraz rozumiem, że nie zawsze jest pięknie i kolorowo - mówi Tymek. We wspólnocie przeżył pod Wawelem oazową „trójkę”. Co młodzi ludzie mówią o swojej wierze? Jak postrzegają Kościół?

Uczestnicy rekolekcji oazowych, które  od 15 do 31 lipca trwały w Krakowie Uczestnicy rekolekcji oazowych, które od 15 do 31 lipca trwały w Krakowie
Anna Kwaśnicka /FOTO GOŚĆ

W rekolekcjach III stopnia Oazy Nowego Życia, popularnie nazywanej po prostu „trójką”, wzięło udział 12 osób. 10 dziewczyn i 2 chłopaków. W Ruchu Światło–Życie są od 2, 4 czy 6 lat, a od 15 do 31 lipca odkrywali piękno Kościoła, poznawali członków krakowskich wspólnot i byli podprowadzani ku odkrywaniu swojego powołania i miejsca we wspólnocie. „Trójkę” w Krakowie, w internacie sióstr prezentek, poprowadził ks. Dawid Górniak, wikariusz w parafii św. Tomasza Apostoła w Kietrzu, który był wspierany przez kleryków Piotra Kłonowskiego i Michała Picza oraz animatorów prowadzących spotkania w małych grupach: Klaudię Stawską z Dobrzenia Wielkiego, Anię Świtałę z Nysy i kleryka Grzegorza Józefowicza, również z Nysy.

Dopóki nie zgrzeszyłem…

– Uznawałem się za osobę wierzącą. W niedzielę chodziłem do kościoła, żeby rodzice nie krzyczeli. Wierzyłem w Boga, ale On był dla mnie gdzieś wysoko i miałem przekonanie, że nie obchodzą Go moje problemy. Bóg był fajny, ale tylko w niedzielę w kościele. Nie potrzebowałem mieć z Nim więcej do czynienia – opowiada Tymoteusz Wenerski z Otmuchowa, który od 4 lat jest w Ruchu Światło–Życie. – Dziś wiem, że moja wiara opierała się wtedy tylko na tradycji. Znałem historie biblijne z Księgi Rodzaju i Księgi Wyjścia, ale one nie przekładały się na moje życie. Gdy się modliłem, to modlitwami, których nauczyli mnie dziadkowie – dodaje. Nim trafił na pierwszą oazę, wiele się wydarzyło. Doświadczył, że Pan Bóg wysłuchał jego modlitwy. Obiecał Mu, że za Nim pójdzie, więc pojechał na oazę.

– Na „jedynce” zaskoczyła mnie otwartość ludzi, ich uczynność, to, jak palili się, żeby posprzątać toalety, kiedy mnie się nie chciało tego robić. Obserwowałem ich entuzjazm i też postanowiłem się bardziej włączyć w to, co się dzieje. Poprosiłem o spowiedź i po niej zacząłem odkrywać, że Pan Bóg nie jest gdzieś daleko, ale bardzo blisko, że Jezus żyje i chce przemieniać moje życie. Przeżyłem pierwszą modlitwę wstawienniczą, a otrzymane wtedy słowo mnie poprowadziło. Po powrocie do domu byłem tak naładowany, że chciałam dzielić się Chrystusem, chciałem zewangelizować cały świat. Tak było, dopóki znów nie zgrzeszyłem. Wtedy po prostu się rozpłakałem, bo nie chciałem odejść od Pana Boga – opowiada Tymek.

Po rocznej formacji pojechał na „dwójkę”. – To była dla mnie droga przez pustynię. Nie było fajerwerków. Więc po roku stwierdziłem, że powtórzę te rekolekcje. Ale dalej nie była to „jedynka”. Ktoś mi powiedział, że Bóg jest miłośnikiem procesów. Teraz rozumiem, że nie zawsze jest pięknie i kolorowo – mówi Tymek. Razem z Kacprem Trelą zaczął prowadzić grupkę oazową w Otmuchowie. Starają się przekazywać młodszym kolegom i koleżankom to, co sami przeżyli.

Jezus to nie postać z obrazka

– „Jedynka” była przełomowym momentem w moim życiu. Zdałam sobie sprawę, że wcześniej – mimo że byłam ministrantką i chodziłam często do kościoła – nie było to prawdziwe i żywe, nie umiałam się modlić. Moja modlitwa polegała przykładowo na jak najszybszym odmówieniu Różańca – mówi Sara Lopocz z Krzanowic, która na pierwszą oazę wakacyjną pojechała 2 lata temu za namową księdza wikarego.

– Te rekolekcje pokazały mi, że Jezus nie jest osobą z obrazka, do której trzeba się modlić i której trzeba się bać, ale jest naszym Przyjacielem, pomaga nam i jest z nami cały czas – podkreśla. – Tak naprawdę, „jedynka” otworzyła mi oczy. Zobaczyłam, że Kościół jest żywą wspólnotą. Przekonałam się, że są młodzi ludzie, którzy nie chodzą do kościoła, ponieważ tak każą im rodzice, ale dlatego, że sami chcą, bo Jezus zmartwychwstał i jest z nami. Nauczyłam się modlić i zrozumiałam, że modlitwa mnie umacnia. Zrozumiałam, że choć nie zawsze jestem na modlitwie skoncentrowana, to ważne jest, by na niej trwać i nie poddawać się. Zrozumiałam, że Pismo Święte jest księgą, po którą mogę sięgać wieczorem, by rozważyć czytania z dnia – mówi. Sara przyznaje, że z tej pierwszej oazy wróciła z wielkim pragnieniem, by w codzienności było tak samo, jak na rekolekcjach. W odmawianiu jutrzni co rano wytrwała do końca wakacji.

– Rok przeleciał na wspominaniu oazy i na cosobotnich spotkaniach formacyjnych w małej grupce. Rozważaliśmy na nich Pismo Święte i dzieliliśmy się przeżyciami z minionego tygodnia. Na tych spotkaniach czułam się sobą. W klasie byłam akceptowana, ale nie miałam osoby zaufanej, której mogłabym powiedzieć, co mnie boli. Nauczyłam się też słuchać ludzi, by móc im pomóc – przyznaje dziewczyna. Oczywiście w kolejne wakacje pojechała na „dwójkę”. – Na początku bardzo mi się nie podobało na tych rekolekcjach, ale wytrwałam. Wróciłam do domu pełna wewnętrznego pokoju. Czułam się mocniejsza w wierze. W odmawianiu jutrzni wytrwałam do zimy. Częściej odprawiałam „namiot spotkania”, czyli osobiste spotkanie ze słowem Bożym. Po raz pierwszy bardzo świadomie przeżyłam Wielki Post. Były też trudne wydarzenia, ponieważ moja mama zachorowała i czułam się jakby obrażona na Pana Boga, ale tu, na „trójce” zrozumiałam, że również trudne doświadczenia nas umacniają – mówi wprost.

– Myślę o swoim miejscu w Kościele i cenię sobie spotkania z członkami różnych wspólnot, którzy na tych rekolekcjach opowiadają o swojej drodze. Ważne dla mnie jest to, że mówią też o trudnościach, o błędach – przyznaje Sara.

Nieśmiałość przełamana

– Z natury byłam bardzo nieśmiałą osobą. Niełatwo szło mi rozpoczynanie relacji z nowymi ludźmi, trudno było mi przełamać się na forum i coś powiedzieć, otworzyć na innych. Ruch Światło–Życie to odmienił. Wszystkie trzy stopnie formacji były dla mnie bardzo ważne – podkreśla Natalia Pilśniak z Tarnowskich Gór, która w oazie jest od gimnazjum. – Miałam trzy podejścia do formacyjnych spotkań oazowych. Za pierwszym razem nie bardzo sprawdzał się animator. Za drugim razem wygrało moje lenistwo. W końcu pojechałam na parafialną oazę wakacyjną i w Ruchu już zostałam – opowiada Natalia.

– „Dwójka” otworzyła mnie na przeżywanie Mszy św. Zrozumiałam znaczenie poszczególnych elementów liturgii. Podam choć jeden przykład – od tamtych rekolekcji, kiedy śpiewamy „Święty, święty, święty”, wyobrażam sobie, jak chóry aniołów do nas dołączają – mówi. Natalia przyznaje, że przed „trójką”, kiedy była w klasie maturalnej, przeżywała trudności w wierze. – Modlitwa przychodziła mi z oporami, namiot spotkania też. Ale rekolekcje są czasem odnowienia, oczyszczenia z tego wszystkiego, co działo się w ciągu roku, i przypomnienia sobie, co jest najważniejsze, by móc świadczyć o Panu Bogu. A świadczenie wcale nie jest łatwe, bo w naszych środowiskach większość młodzieży nie jest otwarta na Boga i żyje stereotypami, że Kościół jest dla starych babć – tłumaczy Natalia.

– „Trójka” to poznawanie Kościoła i rozmowy o tym, jak odkrywać powołanie. Myślę, że człowiek, szukając powołania, czasem długo ucieka, popełnia błędy, aż w końcu poczuje, że znalazł właściwą drogę. Ja tego jeszcze nie poczułam, ale myślę, że Pan Bóg daje znaki i przyjdzie czas, w którym znajdę się we właściwym miejscu i poczuję pewność, że właśnie takie, a nie inne jest moje powołanie – mówi.

Poza oazą jest zbawienie

– 6 lat temu byłem na pierwszych rekolekcjach wakacyjnych – na Oazie Nowej Drogi. Namówił mnie starszy brat i rodzice też mieli w tym udział. Wtedy Ruch Światło–Życie prężnie działał w Otmuchowie – opowiada Kacper Trela. – Spodobało mi się. To był czas spędzony z niesamowitymi ludźmi. Między innymi za to cenię sobie oazę, że dzięki niej tworzą się relacje, które zostają na lata. W oazie mogłem bliżej poznać Pana Boga, zbudować z Nim relację, ale i relację z całym Kościołem, czym najbardziej charakteryzuje się właśnie „trójka” – tłumaczy Kacper. – Co roku jeździłem na wakacyjne rekolekcje, choć w ubiegłym roku nie na oazowe, a na „Jezus żyje” i „Strefę Chwały”. Nie lubię określenia, że jestem oazowiczem. Św. Paweł pisał, że nie jesteśmy ani Pawła, ani Apollosa, ale Chrystusa. Wspólnoty i ruchy są tylko drogą do celu, którym jest Chrystus – podkreśla i z przymrużeniem oka dodaje, że poza oazą też jest zbawienie.

– Na „trójce” bardzo cenne są dla mnie wieczorne spotkania z różnymi wspólnotami. Wielu z nas pochodzi z mniejszych parafii, nie wszędzie są tak prężnie działające grupy jak tu, w Krakowie. To prawda, że o każdej wspólnocie można sobie poczytać w internecie, ale to nie to samo, co spotkanie z konkretnym człowiekiem, który żyje według danego charyzmatu, w konkretnej grupie. Te spotkania umożliwiają mi lepsze poznanie Kościoła. Dzieje się to przez poznanie jego członków, należących do różnych wspólnot – wyjaśnia Kacper.

Żyłam jak poganka

– W Ruchu Światło–Życie jestem już piąty rok – mówi Agnieszka Sałek z Kietrza. – Zaczęło się od rekolekcji ewangelizacyjnych w naszej parafii, po których powstała wspólnota oazowa. Nie byłam wtedy osobą wierzącą. To dwie koleżanki mnie namówiły, żebym przychodziła na spotkania. One dość szybko zrezygnowały, a ja – chociaż najbardziej nie chciałam iść – jestem w oazie do dzisiaj. Bardzo fajnie Pan Bóg zadziałał w moim życiu, przyciągnął mnie – przyznaje Agnieszka.

– Najkrócej można powiedzieć, że dzięki formacji oazowej przeszłam od poziomu prawie poganina do poziomu osoby, która chce wychodzić do ludzi i głosić. Miałam problem, żeby w niedzielę w ogóle ruszyć się do Kościoła, a dzięki oazie tak naprawdę zakochałam się w Panu Bogu, bo poczułam Go jako Osobę, a nie wytwór wyobraźni. Jako osobę, która mnie kocha, która działa w moim życiu i której niesamowicie na mnie zależy – podkreśla.

Trzeci stopień rekolekcji pomaga młodzieży odkrywać miejsce w Kościele. – Widzę, że w Kościele są potrzebne osoby, które będą służyć, i ja mogę być jedną z takich osób. Dzięki ks. proboszczowi Leszkowi Ryguckiemu dwa razy byłam jako animatorka na rekolekcjach w poprawczaku. To było dla mnie niesamowite przeżycie, bo stanęłam przed moimi rówieśnicami i miałam im opowiadać o Panu Bogu. Starałam się być z nimi szczera, nie wywyższać się, tylko pokazać im, że jesteśmy takie same, że wszystkie jesteśmy grzesznikami, że wszystkie uczymy się miłości – opowiada Agnieszka. Podkreśla, że chce być animatorką, chce wyjść do ludzi i głosić.