Droga, która uczy odwagi

Anna Kwaśnicka

|

Gość Opolski 18/2019

publikacja 02.05.2019 00:00

Agnieszka Zientarska z różańcem w ręku znalazła się wśród buddyjskich pielgrzymów. Jest pierwszą osobą z Polski, która przeszła 1600 kilometrów dookoła wyspy Shikoku w Japonii.

Na szlaku z japońskimi mniszkami. Na szlaku z japońskimi mniszkami.
Agnieszka Zientarska

Nigdy nie wiedziałam, dokąd dojdę danego dnia, gdzie się zatrzymam. Trudy rekompensowały mi piękne widoki i to, że mogłam zakosztować pełnej wolności. Miałam świadomość, że niczego nie muszę, że tylko idę – opowiada Agnieszka Zientarska. Opolanka wielokrotnie wracała na szlaki wiodące do Santiago de Compostela. Samotnie przeszła też norweską Drogę św. Olafa prowadzącą z Oslo do Trond- heim. Natomiast ostatnio jej chęć pieszego pielgrzymowania zaprowadziła ją aż do Japonii. To dlatego, że usłyszała o starym buddyjskim szlaku na wyspie Shikoku i zdecydowała, że nim podąży. Wspomnieniami z wędrówki, która trwała 40 dni, podzieliła się z uczestnikami V Opolskiego Festiwalu Podróżniczego.

Doświadczenie cykliczności

– Ta droga wiedzie dookoła wyspy, przede wszystkim wzdłuż oceanu, i liczy 1600 kilometrów. Na trasie znajduje się 88 świątyń buddyjskich, położonych głównie na wzniesieniach. Od IX wieku za sprawą mnicha Kobo Daishi, który sprowadził do Japonii buddyzm ezoteryczny, mnisi buddyjscy wędrowali tym szlakiem, by praktykować ascezę, ćwiczyć się w świadomości – opowiada Agnieszka. Ale to nie buddyzm ją pociągnął, lecz możliwość samotnego wędrowania z plecakiem i wtopienia się w Japonię. – Odkąd pierwszy raz wyruszyłam na Camino, moja wędrówka ciągle trwa – podkreśla.

Przyznaje, że droga na wyspie Shikoku różni się od średniowiecznych szlaków pielgrzymkowych w Europie. – Na naszym kontynencie dawne pielgrzymki rozpoczynano u progu własnego domu. Prowadziły one do grobu św. Jakuba, grobu św. Piotra, grobu św. Olafa, do Ziemi Świętej… Japoński szlak jest kolisty, więc nie ma konkretnego miejsca, z którego się wychodzi ani do którego się zmierza. Ważne jest, żeby przejść całe koło, żeby iść i doświadczać cykliczności, bo koło oznacza zmianę – porównuje podróżniczka. Podkreśla też, że w obu kulturach celem drogi było odkrywanie siebie i najważniejszych wartości.

Poszukiwania mapy

Wyruszając do Japonii, Agnieszka Zientarska nie miała konkretnych informacji o szlaku. Nie miała też żadnej mapy. Nie wiedziała nawet, od którego miejsca ma zacząć swoją wędrówkę. – W pielgrzymowaniu nieodmiennie pojawiają się przeszkody. Tym razem przeszkodą była niepewność: nie znam japońskiego, nie wiem, jak będzie na miejscu… – przyznaje.

Pierwsze dni spędziła w Tokio. Już tam zrozumiała, że Japończycy są bardzo powściągliwi i nieśmiali, a do przełamania dystansu nie dochodzi zbyt szybko. – Spotkania są bardzo sformalizowane, wszystko musi być uporządkowane i nazwane. Już w samolocie każdy przy powitaniu wręczał mi swoją wizytówkę. Nie mogłam się odwdzięczyć tym samym, co wywoływało duże zdziwienie. Zastanawiali się, czy ktoś, kto nie ma swojej wizytówki, w ogóle istnieje – opowiada. I dodaje: – Z Japończykami rozmawia się bardzo powoli, metaforami. Dlatego potrzeba zatrzymania i wiele uważności, bo oni nie mówią o sobie i o swoich potrzebach wprost. Co więcej, w zgodzie z etykietą nie mogą nigdy odmówić, muszą znaleźć taki sposób wypowiedzi, żeby ich rozmówca z kontekstu mógł wywnioskować, że nie chcą spełnić jego prośby. Po prostu trzeba się bardzo mocno wsłuchiwać w intencje drugiej osoby.

Mimo kilku dni wędrowania od księgarni do księgarni Agnieszce nie udało się w Tokio kupić żadnej mapy czy przewodnika po szlaku na wyspie Shikoku. Ale dzięki Katrin, kobiecie poznanej w ramach couchsurfingu, dowiedziała się o mieszkającej w Japonii amerykańskiej dziennikarce, która przeszła pielgrzymi szlak. To Amy Chavez. Dziennikarka zaprosiła opolankę na kilka dni do siebie, na maleńką wyspę liczącą zaledwie 300 mieszkańców. 
– Dostałam od Amy nie tylko mapy, ale też kontakty do ludzi, których mogę spotkać w drodze. Rozpoczęcie pielgrzymki było coraz bliżej. Niestety, na wyspie Shikoku tamtego lata temperatura dochodziła do 45–50 stopni Celsjusza. Z powodu upałów zmarło tam 300 osób, wiele było też hospitalizowanych. Wcześniej przeszedł też tajfun, który doprowadził do powodzi na północy wyspy i opóźnił rozpoczęcie mojej wędrówki – opowiada Agnieszka Zientarska.

Pod stopami wilgoć ziemi

Okazuje się, że każdy Japończyk powinien raz w życiu przejść szlak na wyspie Shikoku. – Poznałam dziewczynę z Tokio, która nie mogła chodzić, ale przez 10 dni w intencji swojej chorej mamy pielgrzymowała od świątyni do świątyni, jeżdżąc autobusem. Dowiedziałam się, że wielu Japończyków dzieli sobie drogę na raty. Znana jest też praktyka, że jeśli ktoś sam nie może wyruszyć na szlak, to znajduje kogoś, kto – odpowiednio opłacony – pójdzie za niego – opowiada.

Agnieszka w pierwszej świątyni kupiła słomiany kapelusz pielgrzymi i dostała zeszyt, w którym miała pobierać wpisy potwierdzające pokonane fragmenty trasy. I tak znalazła się sama wśród osób, które praktycznie nie znają angielskiego. – Zrozumiałam, że muszę nauczyć się inaczej słuchać tych ludzi. Z jednej strony było to trudne, ale z drugiej – otwierało mnie na nowe doświadczenia. Poznałam m.in. Chikę z Osaki, która w ogóle nie mówiła po angielsku. Chika okazała się niezwykłą osobą. Kiedy czwartego dnia drogi bardzo źle się poczułam, ona czuwała przy mnie przez całą noc. Myślałam, że mam udar słoneczny. Zresztą wtedy niosłam jeszcze bardzo ciężki plecak, miałam ze sobą m.in. namiot, który porzuciłam po drodze, a także wiele innych – jak się okazało – niepotrzebnych rzeczy – wspomina. I opowiada, że z Chiką spotkała się jeszcze nie raz – rozumiały się bez znajomości języka. Japonka zaczęła potem nawet uczyć się angielskiego.

– To była bardzo różnorodna droga. Czasem wiodła wzdłuż wybrzeża, czasem po asfalcie, czasem przez las. Zrywałam się o 4 nad ranem, bo wiedziałam, że po 9 będzie tak gorąco, iż nie będę w stanie iść. Musiałam pić do 10 litrów wody dziennie. Czasami miejscowi Japończycy zatrzymywali się, żeby podwieźć mnie autem, żebym nie szła w tak ogromnych upałach. Ale ja im z tych samochodów uciekałam, chciałam iść – mówi opolanka. Podkreśla, że przyroda na wyspie jest bardzo interesująca. – Wędrując po lesie przez tydzień, nie spotkałam nikogo. Dzikie zwierzęta mnie nie zaatakowały, raczej były mnie ciekawe. Czasem szłam boso, żeby czuć wilgoć ziemi, i przestałam się bać, że jestem w lesie sama – przyznaje.

Modlitwa o pokój na świecie

Świątynie położone są w różnych miejscach. Czasem nad rzekami, choć częściej na wzgórzach, nieraz bardzo trudno jest się do nich dostać. – Kobo Daishi chciał, żeby mnisi na tym szlaku przechodzili trening, żeby mierzyli się ze sobą – tłumaczy Agnieszka. Opowiada, że japońscy pielgrzymi do dziś noszą białe ubrania, które są nie tylko znakiem czystości, ale symbolizują też gotowość na śmierć w każdym momencie. – W minionych wiekach pielgrzymowanie było bardzo dużym wyzwaniem, było po prostu niebezpieczne, stąd ta gotowość na śmierć w drodze – wyjaśnia. I mówi: – Ja jestem chrześcijanką. Wędrowałam tym szlakiem z różańcem i modliłam się o pokój na świecie. Byłam ciekawa, jak będą odbierać mnie Japończycy. Tymczasem już pierwszego dnia dostałam kartkę, na której przeczytałam, że witają mnie na drodze, że nie jest ważne, skąd pochodzę, jaką wyznaję religię, jaką mam płeć, czy jestem bogata, czy biedna. Dla Japończyków wszyscy są mile widziani na ich pielgrzymkowym szlaku.

Relacjonuje też rozmowy z mnichami, którzy podkreślali, że Japończycy w przeciwieństwie do Europejczyków nie potrzebują kategoryzacji, że ktoś wyznaje taką czy inną religię. – Rzeczywiście odczuwałam duży poziom akceptacji – zapewnia. I opowiada: – Spotkałam dwie mniszki, które wiele mówiły mi o medytacji, o uważności, o tym, by w pełni akceptować to, co nas spotyka. Było mi bardzo gorąco w krótkim rękawie i spodenkach, a one szły poubierane w swoje pielgrzymie szaty.

Uśmiech Japończyka

– Na Shikoku status pielgrzyma jest wyjątkowy. Miejscowi ludzie, spotykając pątnika, uśmiechali się. Na trasie przygotowali wiele miejsc, w których wędrowcy mogą się zatrzymać, skorzystać z pralki, umyć się i przespać – opisuje Agnieszka. W drodze miała też wiele okazji do poznawania codziennego życia Japończyków. – Kiedy wchodziłam do małych miejscowości, ludzie chcieli mi pokazać praktycznie wszystko. Żyją w dużym uporządkowaniu, nawet buty stojące przed wejściem do domu muszą być ułożone w jednym kierunku. Tam skandalem jest wejście do domu w butach. Taka jest japońska etykieta – opowiada. – Jedzenie towarzyszy im cały czas. Jedzą bardzo świeże, mało przetworzone produkty. Nie odgrzewają posiłków. Na Shikoku na śniadanie, obiad i kolację je się ryż – kontynuuje.

– Wędrówka na krańcach świata pozwala wyzwolić w sobie odwagę. I tak było… Dla mnie to była droga, która uczyła mnie odwagi. Im dłużej szłam, tym więcej było też we mnie radości. Miałam poczucie, że jestem częścią tej drogi, że natura mi sprzyja. Nikt mnie nie pytał, czym się zajmuję, ile mam pieniędzy, jaki jest mój światopogląd. Ludzie po prostu cieszyli się tym, że idę. Kiedy ulewne deszcze wymuszały przerwy w drodze, uczyłam się kaligrafii, rozmawiałam z artystami. Japończycy, mimo dystansu w stosunkach międzyludzkich, nie odpowiadali na mój uśmiech inaczej niż okazaniem uśmiechu. Dlatego miałam poczucie, że ta droga nie tylko mnie coś daje, ale też ludziom, których spotykam.

Agnieszka Zientarska otrzymała certyfikat potwierdzający przejście szlaku 88 świątyń. – To pierwszy certyfikat wydany Polakowi. Jestem z siebie dumna – przyznaje.