Przypadki Wiktorii

Andrzej Kerner

|

Gość Opolski 32/3020

publikacja 06.08.2020 08:08

Poruszyli niebo i ziemię, by ratować serce i życie dziewczynki, której nikt nie chciał.

▲	Dziewczynka po opuszczeniu intensywnej terapii na oddziale dziecięcym szpitala w Pittsburghu. ▲ Dziewczynka po opuszczeniu intensywnej terapii na oddziale dziecięcym szpitala w Pittsburghu.
Archiwum rodzinne

Po operacji lekarze powiedzieli mi, że serce Wiktorii było już bardzo duże. I że to był naprawdę ostatni dzwonek. Bo serce by jej po prostu pękło – mówi Joanna Wilczek z Reńskiej Wsi k. Kędzierzyna-Koźla. Wiktoria ma wrodzoną wa- dę serca, tzw. zespół Ebsteina, i to aż trzeciego stopnia – bardzo ciężki. To niezwykle rzadka wada wśród wrodzonych wad serca – problemem jest źle ukształtowana zastawka trójdzielna, która pracując inaczej niż zwykle, staje się przyczyną następnych ciężkich komplikacji.

– Doktor Beata Chodór z zabrzańskiego Centrum Chorób Serca powiedziała mi, że jeszcze kilka lat temu dzieci z tą wadą umierały w wieku 5–6 lat – mówi J. Wilczek. Wiktoria nie ma jeszcze skończonych 4 lat. Ponad półtora roku temu trafiła do zastępczej rodziny Gerarda i Joanny Wilczków. I to był może jej pierwszy szczęśliwy traf w życiu.

Ja takie dzieci zbieram

Wiktoria była bowiem dzieckiem oddanym przez rodziców do domu dziecka. A ponieważ miała zdiagnozowaną ciężką chorobę, do zaadoptowania jej chętnych nie było. – Z Wiktorią było tak jak zawsze. Te dzieci, które nie mogą znaleźć domu, ja zbieram – mówi Joanna. Od ponad 18 lat z Gerardem są rodziną zastępczą. Pod opieką mieli już ponad setkę dzieci. Znają środowisko rodzin zastępczych i adopcyjnych jak mało kto. Joannę poproszono, żeby pomogła znaleźć rodziców adopcyjnych dla Wiktorii. – Szukałam, pytałam i w końcu dałam taką odpowiedź: „Nikogo nie ma”. A jak nikogo nie ma, to znaczy, że ja ją muszę wziąć. Wprawdzie nasz PESEL już nie jest najlepszy dla małego dziecka, ale dziecko nie patrzy na PESEL, tylko na to, że jesteś dla niego kimś ważnym i niezastąpionym – tłumaczy Joanna. Sytuacja prawna Wiktorii była uregulowana, więc państwo Wilczkowie dali jej swoje nazwisko, a Joanna została opiekunką prawną dziewczynki. Ale przede wszystkim zajęli się jej zdrowiem. Pierwsza wizyta u pediatry nie napawała optymizmem. – Powiedziała nam, że dwa miesiące temu w Kędzierzynie-Koźlu zmarło dziecko z tą wadą – opowiada Joanna. – Prawdę mówiąc, byliśmy gotowi nawet na to, że Wiktoria u nas umrze. Ale chcieliśmy, żeby – jeśli już to ma się stać – była otoczona miłością, czułością, wśród ludzi, którym na niej zależy – mówi Gerard.

Przyjechał bus piekarni Ruzik

To wcale nie oznaczało rezygnacji. Państwo Wilczkowie zaczęli szukać pomocy najlepszych kardiochirurgów dziecięcych. Jeździli na konsultacje do znanego prof. Edwarda Malca, do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. – Raczej nas uspokajano, mówiono, że Wiktoria ma jeszcze czas – mówi Joanna. W CZMP proponowano nawet operację serca, tzn. wstawienie sztucznej zastawki. – Ale to mnie jakoś niepokoiło, jakoś mi to nie pasowało. No i w terminie wyznaczonym Wiki zachorowała. To odwlekło termin operacji – wspomina J. Wilczek. Potem prof. Malec zapewniał, że zoperuje małą. Ale czas biegł. Pewnego popołudnia na ulicy przy domu państwa Wilczków stanął bus piekarni Ruzik, rozwożący pieczywo. Joanna, kupując chleb, spotkała tam dr Danutę Gmyrek, ordynator oddziału pediatrycznego kozielskiego szpitala. – Znamy się dość dobrze, bo dużo naszych dzieci przez jej ręce przeszło. Spytała, co u nas, opowiedziałam o naszym zmartwieniu z Wiktorią. Poradziła kontakt z dr Beatą Chodur z Zabrza, która przyjmuje też w jednej z kozielskich poradni. Ten przypadek przy samochodzie piekarni zdecydował – opowiada. – Hm, przypadek… Doktor Chodór jest kierownikiem Poradni Kardiologicznej Dzieci i Transplantologii w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Powiedziała nam, że nie mamy czasu. Że trzeba szybko operować. W ciągu 3 dni skontaktowała się z dr. Pedro Da Silvą z Pittsburgha (USA) i przekazała nam do niego namiary. Doktor Da Silva rekonstruuje zastawki trójdzielne dzieci swoją autorską metodą. W środę – pamiętam dokładnie ten dzień – o drugiej po południu napisałam do niego. O dwunastej w nocy miałam odpowiedź. Była wstępna zgoda! – opowiada J. Wilczek. Dwa dni później zespół medyczny z Pittsburgha, po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną Wiktorii Wilczek, wyraził zgodę na operację. Był styczeń 2020 roku. Podano cenę za operację – 100 tys. dolarów. – Dużo, ale nawet nie aż tak wiele, jak się spodziewaliśmy. Liczyliśmy, że to może być nawet kilka milionów złotych. Okazało się, że ceny za operacje są różne w różnych stanach USA. No, ale 100 tys. dolarów to dla nas też był kosmos – komentują Joanna i Gerard.

Ludzie dla Wiktorii

Datę operacji wyznaczono na 23 kwietnia. Zaczęła się walka o pieniądze i z czasem. W akcję pomocy włączyli się rodzina, dawni podopieczni, ich znajomi i przyjaciele, parafia, gmina, grupa pomocowa „SuperMy” z Kędzierzyna-Koźla, media lokalne i ogólnopolskie. Potrzebną kwotę uzbierano w niecały miesiąc. Tylko że w tym czasie rozpoczęła się pandemia koronawirusa… Szpital w Pittsburghu chciał się w tej sytuacji nawet wycofać z operacji i zwrócić pieniądze rodzicom. Joanna się nie zgodziła, następną operację wyznaczono na czerwiec. – Zrobiliśmy wszystko, co umieliśmy. Resztę niech zrobi Pan Bóg. On ma dużą głowę, niech myśli. Tak wtedy pomyślałam – mówi J. Wilczek. Tylko że samoloty wciąż nie latają. Nie wiadomo, jak i gdzie odbyć kwarantannę w USA. Tysiąc nowych przeszkód. Mikołaj, syn państwa Wilczków, zwraca się o pomoc do kancelarii premiera, potem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wszystkich porusza historia dziewczynki. Pomagają także Konsulat USA w Krakowie, polski konsul w Nowym Jorku, polonijna Fundacja „Dar Serca” w Chicago, proboszcz polonijnej parafii w New Jersey, koleżanka z dawnych oazowych lat mieszkająca w Chicago. Lista osób, które okazały bezinteresowną pomoc Wiktorii i jej rodzicom, jest bardzo długa. Jeszcze dłuższa – tych, którzy wsparli datkami koszt operacji.

Nie chcę oddychać

W końcu udało się polecieć. Dziewczynka spokojnie przespała długą podróż. Operacja prowadzona przez 11-osobowy zespół pod kierunkiem dr. Da Silvy zaczęła się 17 czerwca, trwała 8 godzin i skończyła się pomyślnie. – Siedziałam w specjalnym pokoju, co chwila informowano mnie o sytuacji. Opieka szpitala w czasie całego naszego pobytu była fantastyczna, dużo można o tym mówić. Ale gdy patrzyłam na zegar, wydawało mi się, że on stoi! – opowiada J. Wilczek. – A my tu, w domu, w tym czasie modliliśmy się wszyscy – dodaje Gerard. Najtrudniejsze chwile miały jednak dopiero nadejść. Dwa dni po operacji Wiktoria została wybudzona. Ale w jej płucach zbierało się dużo krwi i wody. Parametry medyczne spadały. Aparatura często zaczynała alarmować. Wiktoria miała kłopoty z oddychaniem. Trzeba ją było ponownie intubować. – W amerykańskich filmach czasem ludzie w szpitalach ze złości demolują wszystko. Miałam tak samo. Tam był taki fotel i miałam ochotę rzucić nim w okno. Bo czułam się bezsilna. Bo choć Wiki była w rękach najlepszych specjalistów, widziałam, że sytuacja jest zła i pogarsza się. Ja do niej mówię: „Oddychaj, Wiki!”. A ona mówi mi: „Ja nie chcę oddychać!”. W tym momencie nogi mi się ugięły – opowiada J. Wilczek. Dziewczynka spędziła kilka dodatkowych dni na OIOM-ie (mama mogła spać obok). – W tych trudnych dniach przyszła do mnie czarnoskóra pani doktor. Spytała mnie, czy ja wierzę, że jest coś więcej niż tu, na ziemi. Powiedziałam, że tak, że jestem katoliczką. I że wiara mnie tu trzyma. Ona wtedy wyciągnęła medalik i powiedziała: „Ja też, musimy teraz wierzyć”. I zawołała kapelana. Uważam, że palec Boży był w tym wszystkim. Na koniec dr Da Silva powiedział mi, że nie spodziewał się, iż wszystko pójdzie tak dobrze. Jego żona, która też operowała, wciąż jest ze mną w kontakcie na Messengerze, dopytuje o Wiktorię – mówi Joanna.

Tylko jedna korzyść

Oglądamy zdjęcia Wiktorii po operacji, na OIOM-ie (zgodnie z wolą rodziców nie publikujemy ich). Chyba nie ma nikogo, kto potrafiłby na ten widok – małego, zbolałego, pociętego ciałka i wielkich oczu, w których można tak wiele wyczytać – opanować wzruszenie. – Byliśmy przygotowani na wszystko. Mieliśmy wykupione ubezpieczenia na wszelkie sytuacje. Ale w czasie tej drugiej intubacji powiedziałam sobie: „Przecież nie przyjechaliśmy tu po to, żeby ona umarła!”. Dlatego taka byłam wściekła na to, że nie potrafię nic zrobić – mówi mama Wiktorii. Siedzimy w wielkim pokoju u państwa Wilczków, gdzie ruch jest bezustanny. Życie tu wręcz buzuje, co chwilę pojawia się nowa twarz. Nad kanapą od lat wisi wielki obraz Jezusa Miłosiernego. Asia bierze Wiktorię na kolana, układa fryzurkę z jej pięknych blond włosów. – Rodzicielstwo zastępcze to jest trudna rzecz. Ale piękna. Bo urodzi się na nowo życie dla tego małego człowieka. Chociaż jesteśmy jednak jak na tykającej bombie. Bo niektórzy ludzie oskarżają o różne korzyści z rodzicielstwa zastępczego. A korzyść jest tylko jedna: ta, co zostaje w sercu. I to, że potrafisz przestawić jedno życie na całkiem nowe tory – mówi J. Wilczek na pożegnanie. •