• facebook
  • rss
  • Dziękujemy, Tereso

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 38/2012

    dodane 20.09.2012 00:00

    Po dwudziestu – z półroczną górką – latach pracę w „Gościu Niedzielnym” zakończyła, przechodząc na emeryturę, Teresa Sienkiewicz-Miś.

    Trzeci tydzień zabieram się do pisania tego tekstu i do tej pory nie wiem, jak go zacząć. Bo bez Teresy nie byłoby „Gościa Opolskiego”. Bez niej w ogóle trudno sobie wyobrazić naszą redakcję, o czym dobrze wiedzą nasi czytelnicy i przyjaciele. Pani Teresa zostanie postacią legendarną, powiedział mi niedawno jeden z zacnych księży naszej diecezji. „Tylko spróbuj napisać peany ku mojej czci, a tego Ci nie wybaczę”, powiedziała mi Teresa dzisiaj. Napisz, że Sienkiewicz zawsze była roztrzepana i krotochwilna, poradziła. Uhm. Teresa nie lubi patosu, ale powtórzę: bez niej nie byłoby „Gościa Opolskiego”. To ona zaczęła – wspólnie z ks. dr. Janem Kopcem – redagowanie edycji opolskiej „Gościa”. Właśnie ją wybrał poprzedni redaktor naczelny śp. ks. Stanisław Tkocz. Do legendy naszej redakcji przejdą opowieści o pierwszej wizycie w Katowicach, dylematach związanych z doborem spódnicy o odpowiedniej długości oraz bacznym wzroku naczelnego, który uważnie lustrował kandydatkę. Spodobała mu się. A potem zdobywała kolejne serca, arcybiskupa metropolity nie wyłączając.

    Na dorocznych spotkaniach redakcyjnych czy podczas uroczystych procesji – abp Zimoń Teresę zauważał pierwszą i to z daleka! Ale chyba trudniejsze było zadanie zdobycia księży proboszczów naszej diecezji i przekonywanie ich do „Gościa”. Zrobiła i to, z wielką klasą. Dlatego właśnie w chwilach, kiedy poziom żartobliwej atmosfery w naszej redakcji – i tak zazwyczaj utrzymujący się w górnych rejestrach – zbliżał się do apogeum, zwracaliśmy się do Teresy per „matko założycielko”. Teresa nigdy się tym nie chwaliła i niewielu o tym wie, ale była znakomicie zapowiadającą się polonistką. Mogła zrobić karierę uniwersytecką. Nie zrobiła, bo nie zapisała się do PZPR i chodziła do kościoła. Jako „element obcy” została wyrzucona z uczelni. Jej talent doceniało środowisko polonistów, którzy później tworzyli KOR – bywała na obozach ze Stanisławem Barańczakiem, Janem Józefem Lipskim. Jednak nigdy nie otaczała się nimbem szykanowanej i prześladowanej za przekonania. Ale przy takiej okazji muszę to napisać, choćby miała mnie ścigać za to po całej górnośląskiej metropolii. Była pierwszym w wolnej Polsce, solidarnościowym dyrektorem Wojewódzkiego Domu Kultury w Opolu. Brzmi zbyt patetycznie? Więc powiem inaczej: tańczyła z Markiem Grechutą w legendarnej opolskiej „Europie”. Przygotowałem sobie całą litanię rzeczy, które zawdzięczam Teresie, ale nie ma na nią tutaj miejsca. O jednej tylko napiszę. Ma niezwykły talent do rozmowy, spotkań z ludźmi. Zawdzięcza to pewnie rodzinie, z jakiej wyszła, z wileńskimi korzeniami i tradycjami. A i z domieszką krwi tatarskiej, jak żartowała w chwilach, kiedy duch bojowy w redakcji „Gościa Opolskiego” żądał zemsty natychmiastowej i okrutnej. Ilekroć wyjeżdżała w teren, wracała nie tylko z informacjami typowo dziennikarskimi, ale z opowieściami o ludziach, ich problemach, troskach, radościach. Sama dzieliła się ze spotkanymi ludźmi swoim życiem. Myślę, że dlatego tak bardzo zapadała ludziom spotykanym na reporterskiej drodze w serce i pamięć. Nie wspomnę, ile razy przywoziła do redakcji rewelacyjne – acz najczęściej zbyt kaloryczne – przepisy kulinarne pań gospodyń z plebanii całej diecezji! Z Teresą w redakcji, biurko w biurko, przeżyłem 18 lat. Tyle chwil radosnych i szczęśliwych. Owszem, bywały i trudne. Przeżyliśmy je razem, wspierając się nawzajem. Jak uniknąć patosu i peanów… Tereso, dziękuję. Jestem pewien, że również czytelnicy czują dzisiaj wdzięczność za 20 lat spotkań z Tobą na łamach „Gościa” i w rzeczywistości.

    Od niej się uczyłam

    W grudniu miną cztery lata, jak poznałam Teresę. To była rozmowa kwalifikacyjna w redakcji „Gościa”. W moim życiu była to pierwsza rozmowa, z której wyszłam z tak wielkim uśmiechem. Dlaczego? Bo Teresa doskonale wyczuwa emocje drugiej osoby i najbardziej stresującą sytuację potrafi zamienić w życzliwe, naturalne spotkanie. W tych słowach nie ma ani odrobiny przesady – przekonałam się o tym, gdy razem z nią pracowałam. Wyczuwa, gdy ktoś ma problem – nieważne czy tę osobę od dawna zna, czy spotyka ją pierwszy raz. Z wielkim taktem wypytuje o szczegóły, stara się pomóc. Tak samo chętnie dzieli też radość, potrafi rozładować napięcie żartem, a najchętniej śmieje się z samej siebie. Ale to, co najbardziej doceniam, kryje się w relacji mistrz–uczeń. Kiedy zaczęłam swoją zawodową przygodę w „Gościu”, Teresa uczyła mnie wszystkiego, co sama wypracowała. Nigdy nie pozwala mi odczuć, że skoro dopiero się uczę, to moje zdanie mniej się liczy. Nieraz dzwoniła wieczorami czy w wolne dni, żeby porozmawiać, upewnić się, że w delegacji było wszystko w porządku, zapytać, czy nie potrzebuję pomocy, poradzić, jak najlepiej ująć temat. Co więcej nadal dzwoni, bo „Gość” i sprawy redakcyjne są jej bardzo bliskie. To wspaniałe mieć takie wsparcie.

    Anna Kwaśnicka

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół