• facebook
  • rss
  • Elli z Gambii

    dodane 24.07.2014 00:00

    – Ma już 14 lat. Wyrosła na piękną i mądrą dziewczynę – mówi s. Elżbieta Blok, wieloletnia misjonarka w Afryce.

    Z Elli Bonin czuje się bardzo związana. To na jej rękach dziewczynka spędziła najwięcej czasu w pierwszym roku swojego życia. Wydawało się, że nie ma dla niej perspektyw na szczęście. A jednak cuda się zdarzają.

    Osierocona przy narodzinach

    – To było blisko 14 lat temu. Do wioski wracałam wieczorem. Gdy zaparkowałam samochód w garażu, usłyszałam głosy dochodzące z werandy – opowiada s. Elżbieta Blok ze Zgromadzenia Sióstr Szkolnych de Notre Dame, wieloletnia misjonarka w Gambii. – W ciemnościach trudno było dojrzeć, kto wyczekiwał mojego powrotu – dodaje. Spotkanie, które po chwili nastąpiło, było trudnym początkiem pięknej historii. – Czekały na mnie trzy kobiety, które wołały, że mają dla mnie podarunek. Odpowiedziałam im, że przybyły jak Trzej Królowie ze Wschodu z darami – uśmiecha się s. Elżbieta na wspomnienie tamtych chwil. Okazało się, że przyniesiony dar był cenniejszy niż złoto, kadzidło i mirra. W materiał zawinięta była nowo narodzona dziewczynka. – Jej młodziutka matka zmarła tuż po urodzeniu córeczki. Miała ciężkie życie, bo za chlebem została wysłana do miasta. Tam za mizerne grosze podejmowała się rozmaitych prac, tam też została wykorzystana – opowiada misjonarka. – W tej rodzinie było już szesnaścioro dzieci, dlatego niemożliwe okazało się wykarmienie kolejnego, i to bez mleka matki – tłumaczy s. Elżbieta. Kobiety, katoliczki, ratunku dla dziecka przyszły szukać u misjonarek.

    Nawet o mleko było trudno

    Siostra Elżbieta długo nie zastanawiała się, co robić. Zawiozła dziewczynkę do oddalonego o 17 kilometrów od Bwiam Ośrodka Zdrowia w Sibanor. Niby blisko, ale droga fatalna, więc podróż do krótkich nie należała. – Na miejscu zastałam zaprzyjaźnionego lekarza. Po badaniach stwierdził, że dziecko jest zdrowe, choć waży niespełna 2 kilogramy – opowiada misjonarka. Rozpoczęły się poszukiwania matki, która mogłaby wykarmić osieroconego noworodka. Polecona przez lekarza kobieta odmówiła ze względu na brak zgody męża. – Problemem było to, że dziecko pochodziło z innego szczepu. Inna religia okazała się wystarczającą przeszkodą. Musiałam więc maleństwo karmić rozcieńczanym mlekiem w proszku. Początkowo nie miałam nawet butelki, więc używałam gumowej rękawiczki – wspomina. Nazajutrz s. Elżbieta pojechała do stolicy Gambii, Banjulu, żeby spróbować kupić odpowiednie mleko dla niemowląt i potrzebne akcesoria. – Nie było to łatwe, bo smoczki czy butelki do karmienia nie są w Gambii popularne. To matka karmi dziecko, najdłużej jak się da – wyjaśnia, dodając, że wraz z pojawieniem się maleństwa przyszedł dla niej czas uczenia się dodatkowej roli – roli matki.

    Szturmowane niebo

    Wspólnota parafialna wybrała dla dziewczynki imię Elizabeth. Nazwisko Maneh otrzymała po zmarłej matce. – Szturmowałam niebo prośbą o Bożą opiekę dla naszej Elli. Szukałam dla niej miejsca, opowiadałam o niej siostrom, rodzinie w Polsce, przyjaciołom i znajomym – wspomina s. Elżbieta. Jedną z tych osób była młoda wolontariuszka z Niemiec, Melania Bonin, która po powrocie do domu historię małej dziewczynki zrelacjonowała swoim bliskim. – Wiedziałam, że Melania ma 5 młodszych sióstr, a mimo to jej rodzice, Basia i Vinzez, bardzo szybko podjęli decyzję, że adoptują Elizabeth. Nie przestraszyły ich zawiłości międzynarodowego procesu adopcyjnego, ani to, że już mają szóstkę dzieci – podkreśla s. Elżbieta. A procedury nie były ani szybkie, ani łatwe, więc misjonarka z każdym kolejnym miesiącem nabierała coraz większej wprawy w opiece nad niemowlęciem. – Elli codziennie podróżowała ze mną do szkół i wiosek, w soboty i niedziele do kościołów. Ludzie nazywali ją „sister small”, „sister junior” albo „dziecko z pudełka”, bo najczęściej wkładałam ją do zwykłego kartonu, który był jednocześnie łóżeczkiem i wózeczkiem – opowiada s. Elżbieta.

    Nowy dom i kochająca rodzina

    Sprawa adopcji ruszyła dalej w czerwcu 2001 roku, kiedy s. Elżbieta otrzymała prawa rodzicielskie. Wtedy już po raz drugi z Niemiec przyleciała pani Basia Bonin. Za pierwszym razem niewiele udało się załatwić. – Razem z maleńką Elli musiałam odbyć trudną, ponadtysiąckilometrową podróż transportem publicznym. Po zakończonej pomyślnie rozprawie adopcyjnej miałyśmy jeszcze kilka problemów do pokonania, ale nie przeszkodziła nam nawet zmieniona na wcześniejszą godzina odlotu samolotu do Niemiec. Cud za cudem, by w końcu pani Basia z małą Elli mogły szczęśliwie odlecieć do domu – wspomina s. Elżbieta i wzrusza się na myśl o spotkaniu po latach. Odwiedziła ją piękna 14-letnia dziewczyna. – Jestem z niej dumna. Dobrze się uczy i rozwija talent muzyczny. Należy do scholi parafialnej, śpiewa w chórze berlińskim, a jej największym pragnieniem jest zdobyć wykształcenie, by nieść pomoc potrzebującym – opowiada misjonarka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół