• facebook
  • rss
  • Ludzie światłego rozumu

    ks. Tomasz Horak

    dodane 16.12.2017 09:00

    Powtarzam jeszcze raz: potrzeba głębokiej etycznej refleksji. Także na gruncie religijnym jest ona potrzebna, aby w świetle rozumu pomagała demaskować wszystkie błędne, pokrętne, głupie, przewrotne wątki.

    Przed tygodniem pisałem, że potrzeba głębokiej etycznej refleksji. Refleksji nie tyle katechizmowo-teologicznej, co szeroko filozoficznej. Wszelako filozofia nie jest obojętna ani światopoglądowo, ani religijnie. Religijnie – można mieć na myśli zarówno różne obszary wiary, np. chrześcijańskiej, buddyjskiej, muzułmańskiej. Ale też religijność w opozycji do bezreligijności jako ateizmu czy nawet antyteizmu. Filozofia nie jest sterylnym tworem abstrakcyjnego umysłu, lecz systemem myśli konkretnych ludzi.

    Etyka jako jeden z działów filozofii nie może się zatem odciąć od nurtów religijnych znanych, często dominujących w jakimś obszarze ludzkiego świata. Podsumowując, a zarazem upraszczając ten fragment wywodu, trzeba powiedzieć, że etyka filozoficzna zawsze nosi na sobie wyraźne ślady wpływów religijnych bądź areligijnych.

    Inną słabością etyki filozoficznej jest siła motywacji moralnej. Ta siła rodzi się z akceptowanych wartości i ich oddziaływania na człowieka. Dla etyki filozoficznej są to wartości bardziej czy mniej ograniczone do świata materialnego, biologicznego i humanitarnego. Nie są to wartości błahe, więcej – są one w wielu wymiarach wielkie i szczytne. Ala przecież nie zawsze wystarczające jako źródło moralnej motywacji.

    A motywacja etyki religijnej? Nie gubi wartości ani świata materialnego, ani biologicznego, ani humanitarnego. Nadaje jednak tym wartościom inne odniesienie – ponadczasowe, ponadmaterialne. Odnosi je wszystkie (albo wszystkie wywodzi) do Osoby Boga. W chrześcijaństwie zaś do Osoby Boga-Człowieka. Siła motywacji staje się wtedy nie tylko ogromna w znaczeniu mocy jej oddziaływania, ale powoduje powstanie więzów osobowych. To jest siłą etyki religijnej.

    Ale i jej ryzykiem. Jeśli ta siła zostanie wykorzystana w celach złych – czy to przez pomyłkę lub błąd, czy to z premedytacją – może dochodzić do wydarzeń strasznych i wyniszczających. Znamy to z historii Europy i chrześcijaństwa. Najstraszniejsze wojny to były wojny religijne. Trwały w swoim barbarzyństwie całe dziesięciolecia. Podobnie tortury – zawsze nieludzkie, jednak zadawane w imię Boga są przecież bluźnierstwem. Na podłożu tego ryzyka wyrosła także ideologia, religijna przecież, wypraw krzyżowych.

    Czy zatem jesteśmy w jakimś ślepym zaułku? Nie. I tu powtarzam jeszcze raz: potrzeba głębokiej etycznej refleksji. Także na gruncie religijnym jest ona potrzebna, aby w świetle rozumu pomagała demaskować wszystkie błędne, pokrętne, głupie, przewrotne wątki. Każde pokolenie jej potrzebowało. I zjawiali się ludzie wielkiego i światłego rozumu, także wiary głębokiej, którzy mając wiele do powiedzenia, niejedno naprostowali.

    «« | « | 1 | » | »»

    TAGI: ETYKA, RELIGIA, ROZUM

    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      16.12.2017 11:24
      "tortury – zawsze nieludzkie, jednak zadawane w imię Boga są przecież bluźnierstwem" to czemu Jan z Capistrano czy Robert Bellarmino zaliczani są do świętych?
      doceń 20
    • Alicja
      16.12.2017 12:04
      "Najstraszniejsze wojny to były wojny religijne." W Europie? Ktore?
    • gut
      16.12.2017 13:19
      Rozbrajająco szczerze, to ujęte. :) Na pewno, trzeba takiego - Rachunku Sumienia. ♥ ;) Pozdrawiam. :->
    • Tekst Grzegorza Górnego
      16.12.2017 20:36
      W okresie międzywojennym Antonio Gramsci – marksistowski filozof i współzałożyciel Włoskiej Partii Komunistycznej – wymyślił strategię „długiego marszu przez instytucje”. Jego zdaniem najpoważniejszym przeciwnikiem, który nie pozwala zapanować komunizmowi nad światem, jest chrześcijaństwo. Zaraziło ono świadomość mas robotniczych, dlatego nie były w stanie rozpoznać swego interesu klasowego. Przejęcie władzy nie rozwiąże problemu, ponieważ politycy nie panują nad ludzkimi duszami. I o to właśnie powinien rozegrać się bój, który zadecyduje o losie ludzkości.

      Gramsci doszedł do wniosku, że zwycięstwo marksizmu będzie możliwe tylko dzięki hegemonii kulturowej. Żeby ją osiągnąć, trzeba wybrać strategię „długiego marszu przez instytucje”: przejmować i przekształcać szkoły, uczelnie, czasopisma, gazety, teatr, kino, sztukę. Należy opanować ośrodki opiniotwórcze, by zmienić dominującą kulturę, a przede wszystkim wyrugować z niej wpływy chrześcijaństwa. Trzeba kształtować odpowiednio poglądy, trendy, mody, zwyczaje, sympatie, fascynacje. Uformowany w ten sposób nowy człowiek przyszłości sam, bez przymusu państwa, przyjmie komunistyczne postulaty za własne. Dziś przedstawiciele lewicy na Zachodzie nie ukrywają, że idee gramscizmu z powodzeniem wcielone zostały w życie.

      Teorie Gramsciego rozwinął później były włoski ksiądz katolicki, ekskomunikowany za szerzenie herezji – Ernesto Buonaiuti. Jego zdaniem prawdziwym zwieńczeniem „długiego marszu przez instytucje” będzie dopiero „wrogie przejęcie” Kościoła katolickiego. Chodzi o to, aby tak zainfekować Kościół od środka, by sam przyjął jako swoje idee, które w rzeczywistości są przeciwne jego istocie.

      Są dziś miejsca na świecie, gdzie ta strategia święci triumfy. Dotyczy to zwłaszcza licznych wspólnot protestanckich, które zaakceptowały wiele grzechów, łącznie z aborcją i eutanazją, czyli jawnym złamaniem piątego przykazania „nie zabijaj”.

      Marszowy krok legionów postępu słychać dziś jednak również w katolickich świątyniach. Świadectwem tego mogą być wydarzenia, do których doszło ostatnio w katedrze św. Szczepana (Stephansdom) w Wiedniu. Gospodarz tego miejsca kardynał Christoph Schönborn z okazji Światowego Dnia AIDS zorganizował nabożeństwo modlitewne z udziałem homoseksualistów. Sam przywitał w drzwiach kościoła i zaprowadził w stronę ołtarza znanego aktywistę gejowskiego Gery’ego Keszlera. Po to, by licznie zgromadzeni w katedrze homoseksualiści nie czuli się obco, zadbano, by ściany i podłogi świątyni przyozdobione zostały banerami oraz iluminacjami z symboliką gejowską.

      Nabożeństwo poświęcone było upamiętnieniu 36 milionów ofiar AIDS. W zamyśle organizatorów miało być wyrazem sprzeciwu wobec panujących w społeczeństwie uprzedzeń. Takie było też przesłanie kardynała Schönborna, który w swym kazaniu powiedział: „Bóg nie przyszedł po to, by potępić, ale po to, żeby zbawić”. Następnie zaś rozwinął tę myśl: „Co to oznacza dla nas? Nie osądzać, nie wykluczać, nie przywoływać do porządku”.

      Wystąpienie zostało ciepło przyjęte przez przedstawicieli LGBT. W ich imieniu głos zabrał słynny transwestyta Thomas Neuwirth, znany na świecie bardziej jako „Conchita Wurst” – zwycięzca festiwalu Eurowizji w 2014 roku. Zajął on przy ołtarzu miejsce, z którego chwilę wcześniej przemawiał kardynał, by wygłosić mowę o „prześladowaniu tych, którzy przeżywają swoją tożsamość w sposób odmienny od większości”.

      Ostatnie słowo należało do wspomnianego już Gery’ego Keszlera, który stwierdził, że „nie ma znaczenia, kogo kochamy lub w kogo wierzymy”. I to było najlepsze podsumowanie całej uroczystości.

      Kto nie wierzy, może zobaczyć relację z celebracji tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=2QYAhkeYwIk

      Homoseksualiści mogą czuć się zresztą w wiedeńskiej katedrze jak u siebie w domu. 14 lutego 2006 roku, z okazji Walentynek zorganizowano tam po raz pierwszy ceremonię błogosławienia „par, narzeczonych i zakochanych”, na którą ówczesny rektor katedry ks. Anton Faber zaprosił również związki gejowskie.

      W 2008 roku w Muzeum Katedralnym (Dommuseum) w Wiedniu odbyła się wystawa zatytułowana „Religia. Ciało. Siła” Alfreda Hrdlicki, artysty deklarującego się jako ateista i komunista. Przedstawiała ona szereg bluźnierczych obrazów, np. „Biczowanie”, przedstawiające żołnierza, który uderza Jezusa pejczem, trzymając Go jednocześnie za genitalia. Inne płótno, „Ostatnia Wieczerza” – stylizowane na dzieło Leonarda da Vinci – pokazywało orgię nagich i onanizujących się apostołów. Dopiero po licznych protestach wielu oburzonych katolików kardynał Schönborn zdecydował się na interwencję. Doprowadził jednak do usunięcia tylko jednego obrazu: bluźnierstwa z Ostatniej Wieczerzy.

      W 2012 roku kardynał Schönborn przywrócił do rady parafialnej w wiedeńskiej dzielnicy Mistelbach 26-letniego Floriana Stangla – aktywnego homoseksualistę pozostającego w związku ze swym partnerem. Wcześniej wybór mężczyzny do rady, dokonany głosami parafian, zablokował ówczesny proboszcz ks. Gerhard Swierzek, twierdząc, że ktoś żyjący w konkubinacie z osobą tej samej płci nie może pełnić oficjalnych funkcji w Kościele. Kardynał uchylił jednak decyzję proboszcza. Mediom tłumaczył to następująco: „Zadałem sobie pytanie, co w tej sytuacji zrobiłby Jezus.” Jego zdaniem homoseksualista żyjący w związku z drugim mężczyzną to w radzie parafialnej „właściwy człowiek na właściwym miejscu”, a „różnorodność [członków rady] odzwierciedla różnorodność współczesnych dróg życia i wiary”.

      W 2014 roku po zwycięstwie „Conchity Wurst” podczas festiwalu Eurowizji kardynał Schönborn powiedział:

      Cieszę się, że Tom Neuwirth odniósł sukces ze swoją artystyczną kreacją jako Conchita Wurst (…) Jak wszyscy wiemy, w ogrodzie Boga istnieje wielobarwna różnorodność. Nie każdy, kto urodził się mężczyzną, czuje, że nim jest, i to samo dotyczy kobiet.

      W 2016 roku ukazał się biuletyn katedralny poświęcony adhortacji apostolskiej „Amoris Laetitia” (przypomnijmy, że kardynał Schönborn został wyznaczony przez Watykan na oficjalnego interpretatora adhortacji i na jej podstawie zezwolił w swej archidiecezji na dopuszczanie do Komunii osób rozwiedzionych i pozostających w ponownych związkach). We wspomnianym biuletynie przedstawiono homoseksualną parę oraz adoptowanego przez nich syna jako „alternatywną formę rodziny”.

      Kościół zawsze nauczał, że należy kochać grzesznika i nienawidzić grzechu. Homoseksualiści zasługują zatem – jak wszyscy ludzie – na szacunek, ale akty homoseksualne wymagają jednoznacznego potępienia – i to właśnie z powodu szacunku do homoseksualistów. To dla ich dobra, czyli dla zbawienia wiecznego, Kościół nie może nie ostrzegać ich przed straszliwym grzechem mogącym stać się przyczyną wiecznego potępienia. Co więcej, akceptacja i usprawiedliwianie tego rodzaju czynów oznacza narażanie owych ludzi na coś najgorszego, co może spotkać człowieka, czyli wieczne cierpienie w piekle. Takie było od początku stanowisko Kościoła, a każdy, kto je kwestionował, stawiał się poza nauczaniem Magisterium.

      Dziś na naszych oczach sytuacja zaczyna ulegać zmianie, ponieważ poglądy i praktyki, uważane zawsze za sprzeczne z doktryną Kościoła, przedostają się do jego wnętrza, a ich wyrazicielami stają nawet najwyżsi dostojnicy katoliccy. Kwestia homoseksualizmu jest tylko jednym z wielu tego przykładów, ale bardzo wymownym.

      Prócz wielu wniosków, jakie same się narzucają, jeden wydaje się szczególnie naglący: katolicy na świecie powinni więcej modlić się za swych biskupów i księży, by pozostali oni wierni nauce Kościoła.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół