Nowy numer 49/2020 Archiwum

Z nieba spadła śmierć

Historia. Stracili życie przez pomyłkę lotników, bo mieszkali blisko strategicznego obiektu.

Przy ul. Gliwickiej mieszkał piekarz, pan Wosserek, który przy domu miał prowizoryczny bunkier w piwnicy służącej do przechowania lodu. Tam schowali się: jego żona, będąca w ostatnim miesiącu ciąży, syn i okoliczni mieszkańcy. Sam piekarz wyszedł doglądnąć chleba, który miał jeszcze w piecu. Wtem spadła bomba i schronu już nie było.

– Też miałam tam być, ale się już nie zmieściłam i biegłam do domu. Siostra mojej mamy ze starszą córką była wtedy na jagodach w lesie. Jej mąż Heinrich Hovert, pilnujący po pracy reszty dzieci, też poszedł z nimi do tego schronu i wszyscy zginęli. Zmarła też, trafiona odłamkiem, biegnąca tam sanitariuszka Maria Tannert – mówi pani Maria. Ją samą znaleziono nieprzytomną nieco dalej. Ktoś przeniósł ją do piwnicy najbliższego domu, a gdy chwilę później spadła tam kolejna bomba, była cała zasypana.

Po nalotach zebrano zmarłych lub ich szczątki w miejscowej kaplicy, aby rodziny mogły ich rozpoznać.

– Były ciała bez głowy lub zastygłe w grymasie, zmasakrowane tak, że do rozpoznania tylko po ubraniu, ktoś na urwanej ręce poznał pierścionek zaręczynowy. To był lipiec, upał, miejscami długo nie szło przejść, nie zatykając nosa, taki był smród, bo nie wszystko wyzbierano. Do dziś też widzę zwęglone ciało lotnika z samolotu, który spadł. Ci, którym udało się wyskoczyć, musieli się ukrywać, bo mieszkańcy, którzy w nalotach stracili rodzinę, zachowywali się wrogo – wspomina Maria Wurcel.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama